Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Scena wesela w Kanie Galilejskiej kryje w sobie niezwykłą tajemnicę. Bywa, że tego nie zauważamy, koncentrując się przede wszystkim na problemie nowożeńców, oraz na spostrzegawczości i troskliwości Maryi, która – interweniując u swego Syna – zapobiegła weselnej katastrofie. Na weselu w Kanie dokonało się jednak coś więcej. Mówią o tym, ukryte w ewangelicznym opisie, wyraźne nawiązania do wydarzeń historii zbawienia.

Ów symboliczny „trzeci dzień”, w którym mają miejsce gody (nawiązanie do objawienia się Boga na Synaju i zmartwychwstania Jezusa); znak uczty (jak w proroctwie Izajasza o Bogu, przygotowującym dla swego ludu „wyborne mięsa i przewyborne wina” w dniu ostatecznego zwycięstwa nad śmiercią); brak weselnego wina (rozumianego jako symbol mesjańskiej radości). To w takim kontekście zainaugurowana została przez Jezusa mesjańska wspólnota – Jego nowa rodzina – otwarta dla tych, w których rodzi się wiara w Niego.  W Kanie, jak słyszymy, Jezus „uczynił początek znaków”, „objawił swą chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”.

Kana jest również ważnym etapem  na drodze wiary Maryi. Choć Matka Jezusa uczestniczyła przez wiarę w tajemnicy swego Syna, naiwnym byłoby przekonanie, że wszystko, co miało nastąpić, było dla niej oczywiste, a w Kanie pewna była cudu. Jezus przecież dotąd w taki sposób nie działał (Kana była „początkiem znaków”). Zawierzając całkowicie Bogu (choć nie zawsze rozumiejąc Jego plany) Matka Jezusa doświadczała nieraz „cienia wiary”. Wtedy w Kanie, oznajmiając Synowi, że „wina nie mają”, usłyszała w odpowiedzi trudne: „Co mnie i tobie, Kobieto? Jeszcze nie nadeszła moja godzina”. W słowach Jezusa – niezależnie od ich interpretacji – widoczny jest wyraźny dystans do prośby Matki. Co więcej, forma: „kobieto” – choć nie jest formą niegrzeczną – w odniesieniu do własnej matki jest jednak co najmniej zaskakująca…  Chwilę potem, zwracając się do sług słowami: „To, co powie wam, uczyńcie”, Maryja intuicyjnie przywołała moment zawarcia Przymierza na Synaju, potwierdzonego wyznaniem ludu: „Uczynimy wszystko, co Pan powiedział”. Suwerenną decyzję odnośnie działania – jak zawsze – pozostawiła jednak swemu Synowi.

Ostateczny sens wydarzenia w Kanie odkrywamy dopiero w drugiej scenie Ewangelii Jana, ukazującej Maryję w „godzinie Jezusa”, pod krzyżem. Oto „Kobieta”, „Matka Jezusa”, w chwili najbardziej dramatycznej próby dla Niej i dla wspólnoty Jego uczniów. W największej w dziejach człowieka ciemności wiary Ona jedna przechowała w swym sercu światło ufności i nadziei. Dla nowej rodziny Jej Syna. Jej rodziny.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Kontekst chrztu Jezusa w Jordanie dobrze ukazuje ewangeliczny opis: „Gdy lud
oczekiwał, wszyscy rozważali w swych sercach o Janie, czy nie on jest
Mesjaszem”. Napięcie potęgowały radykalne słowa Jana Chrzciciela,
wzywającego do nawrócenia. „Płody żmij, kto pokazał wam, jak uciec od
mającego przyjść gniewu? Wydajcie owoce godne nawrócenia. (…) Już siekiera
do korzenia drzewa przyłożona…” Te słowa jednak – co może zaskakiwać – nie
odstraszały tłumów. Ludzie lgnęli do Jana, przyjmując z jego ręki pokutne
zanurzenie. Wielu poruszonych jego nauczaniem zadawało sobie pytanie, czy
nie on jest tym zapowiadanym… Wtedy właśnie nad Jordan przyszedł Jezus.

Chrzest Jezusa w Jordanie jest wydarzeniem, opisywanym przez wszystkie
Ewangelie. Nawet czwarta Ewangelia, tak różna w formie i narracji od
pozostałych, poświęca dziełu Jana Chrzciciela wiele miejsca. Bez wątpienia
świadczy to o wielkości Jana i o jego ogromnym wpływie, przekraczającym
granice Judei i Galilei. Ukazuje to dobrze epizod, który wydarzył się dwadzieścia
lat później, w czasie drugiej wyprawy misyjnej św. Pawła. Otóż – jak relacjonują
Dzieje Apostolskie – Paweł, przebywając w Efezie, „spotkał pewnych uczniów”.
Rozmawiając z nimi zorientował się, że jedynym chrztem, który przyjęli, był
„chrzest Janowy”. Byli to zapewne przedstawiciele grupy „joannitów”,
pozostających pod przemożnym wpływem nauczania Jana. Paweł, uświadomił
im, że Janowy „chrzest nawrócenia” miał przygotować ludzi na przyjście Jezusa
– Mesjasza. „Gdy to usłyszeli, przyjęli chrzest w imię Pana Jezusa” – czytamy w
Dziejach Apostolskich. Mając świadomość swego wpływu Jan Chrzciciel sam
rozgłaszał, że „ma się umniejszać” i „nie jest godzien rozwiązać rzemyka u
sandałów” Temu, który przychodzi, by „chrzcić Duchem Świętym”. W prologu
Ewangelii św. Jana znajduje się – jakby wtrącona mimochodem – wzmianka o
Janie Chrzcicielu. „Przybył on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości. On
sam nie był światłością, lecz miał świadczyć o światłości.” – podkreśla
ewangelista. Jan wypełnił swoją misję. Wskazał Jezusa – Bożego Baranka.

„Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest.” – zapisał
Łukasz w swojej Ewangelii. Ewangelista nie zaznacza wprost, że Jan ochrzcił
Jezusa. Podkreśla natomiast, że w czasie chrztu Jezus modlił się, a „otworzyło
się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jakby gołębica”. To
sam Ojciec ochrzcił Jezusa Duchem Świętym, ogłaszając, że jest „Jego Synem
umiłowanym, w którym sobie upodobał”.

Chrzest Jezusa w Jordanie jest wydarzeniem paradoksalnym. Syn Boży nie
potrzebuje przecież pokuty, ani nawrócenia, by oczyścić się z grzechów. Jest
święty i nieskalany. Jednak wchodząc w wody Jordanu, okazuje swą najgłębszą
solidarność z tymi, którzy poddając się chrzcielnemu obmyciu, chcą rozpocząć
nowe życie. Jednak to nie ten pokutny ryt przyniesie im nowość, której pragną.
Uczyni to Ten, który – zanurzając się teraz wraz z nimi w Jordanie – zapowiada
inny chrzest, gdy jako Baranek Boży, dźwigający grzech świata, zanurzy się w
otchłani swej męki. To właśnie ten chrzest, spełniony w męce i śmierci, a
objawiony w chwalebnym zmartwychwstaniu Pana, stanie się źródłem nowego
chrztu dla wszystkich, którzy uwierzą, by otrzymać w darze życie wieczne. Jako
umiłowane dzieci Ojca, w których sobie upodobał.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

W drugą niedzielę po Narodzeniu Pańskim, po raz kolejny w świątecznym czasie, słyszymy prolog Janowej Ewangelii. Logos – odwieczne boskie Słowo, przez które świat został stworzony, w którym było życie i światło – stało się człowiekiem i zamieszkało wśród nas. Ci, którzy przyjmą Słowo z wiarą – słyszymy – narodzą się z Boga, stając się Bożymi dziećmi.

Ciekawą refleksją nad ukazaną w Janowej Ewangelii tajemnicą „narodzin z Boga” są – napisane kilkadziesiąt lat wcześniej – słowa apostoła Pawła z jego Listu do Efezjan, przywołane również przez dzisiejszą liturgię. Paweł, wysławiając Boga, odsłania przed chrześcijanami Jego niezwykły dla nich plan. Otóż w Jezusie Chrystusie – tu pada sformułowanie brzmiące w dosłownym tłumaczeniu dość zaskakująco – Bóg „wysławił nas w całym wysławianiu duchowym”. Słowem, jesteśmy w Chrystusie „obsypani przez Boga wszelkim błogosławieństwem duchowym”. W Nim też Bóg „wybrał nas przed stworzeniem świata, abyśmy byli przed Nim święci i nieskalani w miłości”. Czyż nie jest to fascynująca perspektywa? Pośród naszych lęków, trapiących nas wątpliwości i przeżywanych kryzysów, w całej niepewności, jaka towarzyszy nam w życiu, słyszymy, że Bóg każdą i każdego z nas „wybrał przed stworzeniem świata”! To znaczy, że w przedziwny sposób byliśmy w Jego boskim zamyśle, w Jego odwiecznym Logosie, zanim zaistniało cokolwiek, co stworzył. Już wtedy znał nas po imieniu, pragnął, byśmy żyli, chciał, byśmy poznali Jego miłość do nas. Używając niepozbawionej antropomorfizmu analogii, możemy powiedzieć, że – jeszcze zanim zostaliśmy stworzeni – On już nosił nas w swoim sercu…

Jednak – wbrew temu, czego dla nas pragnął – nie byliśmy wobec Niego „święci i nieskalani w miłości”. Kilkanaście wersetów dalej, Paweł przypomina w swym liście bolesną prawdę. Staliśmy się „umarli z powodu występków i grzechów”, w których żyliśmy. „Byliśmy potomstwem z natury zasługującym na gniew”. Bóg jednak, „bogaty w miłosierdzie, dzięki swej wielkiej miłości, (…) przywrócił nas do życia z Chrystusem.” Przecież – co obwieszcza nam dzisiejsza liturgia – przez Jezusa Chrystusa „przeznaczył nas, abyśmy się stali Jego przybranymi dziećmi”. Dał nam poznać „czym jest nadzieja, do której nas wzywa”. Tak, by żadna ciemność nie ogarnęła światła, które zajaśniało w nas dzięki Wcielonemu Słowu.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi kończy oktawę Narodzenia Pańskiego. Ewangelia, czytana w czasie Mszy świętej, znów przenosi nas do Betlejem w noc narodzenia Pana. To dalszy ciąg Łukaszowej opowieści, którą słyszeliśmy w Boże Narodzenie w czasie Pasterki. Pasterze, którzy usłyszeli od aniołów radosną nowinę o narodzeniu Chrystusa, idą z pośpiechem do Betlejem. Tam znajdują „Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę”. Tak, w takiej właśnie kolejności – według narracji Ewangelii – poznają objawioną im tajemnicę. Jako pierwszą spotykają Maryję. Możemy sobie wyobrazić, że to Ona wraz z Józefem wskazuje im położone w żłobie Dziecko. Niczym na wschodniej ikonie jest „Hodegetrią” – „wskazującą Drogę”, czyli Jezusa, swego Syna. Taką właśnie ukazuje Ją liturgia uroczystości Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, najstarszego maryjnego święta Kościoła zachodniego.

Pierwszą nazwała Ją tak (choć oczywiście wyraziła tę prawdę innymi słowami) Elżbieta, witając przybywającą do niej młodziutką kuzynkę z Nazaretu: „Skąd mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie?” – zawołała pełna zachwytu. To właśnie te słowa – „matka mojego Pana” (gdzie „Pan” bez wątpienia odnosi się do Boga) – zostały rozwinięte w chrześcijańskiej tradycji, a potem ogłoszone jako dogmat w czasie Soboru Efeskiego w 425 r. To wtedy został uroczyście potwierdzony maryjny tytuł „Theotokos” – Boża Rodzicielka, Bogarodzica, Matka Boga. Jednak już ponad sto lat wcześniej chrześcijanie modlili się słowami, które i dziś są nam dobrze znane: „Pod opiekę Twojego miłosierdzia uciekamy się, o Bogarodzico. Nie odrzucaj próśb w naszych potrzebach, lecz zachowaj nas od niebezpieczeństwa, jedynie czysta i błogosławiona.”

Tytuł „Theotokos” został ogłoszony w kontekście zaciętych dyskusji o naturze Chrystusa. Kim On jest? Jak opisać ową „cudowną wymianę”, w której Stwórca ludzkości przyjął duszę i ciało, stając się człowiekiem? Dziesiątki lat chrystologicznych sporów zaowocowały ostatecznie podpisaną po Soborze Efeskim „formułą zjednoczenia”. Warto wsłuchać się uważnie w jej słowa. Także dlatego, że wiele z nich powtarzamy, wypowiadając w niedziele i uroczystości nasze wyznanie wiary w czasie Mszy świetej. „Wierzymy więc, że Pan nasz Jezus Chrystus, Jednorodzony Syn Boży, jest doskonałym Bogiem i doskonałym człowiekiem (…), zrodzony z Ojca przed wiekami co do Bóstwa, a w ostatnich czasach dla nas i dla naszego zbawienia z Maryi Dziewicy co do człowieczeństwa; współistotny Ojcu co do Bóstwa i współistotny nam co do człowieczeństwa. Nastąpiło bowiem zjednoczenie dwóch natur. (…) Z racji zjednoczenia bez pomieszania wierzymy, że święta Dziewica jest Theotokos – Bogarodzicą…”

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Wzór niedościgniony?

„Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia, spraw, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach jej cnoty…” Te słowa modlitwy przynosi nam liturgia w niedzielę Świętej Rodziny. Słysząc je, ktoś mógłby zapytać: Czy wzór życia, jaki daje nam Rodzina z Nazaretu, jest w ogóle możliwy do zrealizowania? Realia są przecież nie do powtórzenia. Wszak to Rodzina, w której Dzieckiem jest poczęty z Ducha Świętego Syn Boga, urodzony przez Matkę – Niepokalaną Dziewicę. Jak więc rozumieć ów „wzór życia”, który mamy naśladować?

Życie ukryte Jezusa

W Ewangelii nie ma zbyt wielu opisów życia rodzinnego Jezusa, Maryi i Józefa. Poznajemy trudności, jakie przeżywają w kontekście narodzin Jezusa – trudna podróż z Nazaretu do Betlejem, brak miejsc w kwaterach, poród w grocie dla zwierząt, Niemowlę położone w żłobie… Potem spotykamy niespodziewanych gości: pasterzy – w Ewangelii Łukasza, magów ze Wschodu – u Mateusza. Tam też poznajemy „uchodźczy” epizod z życia Rodziny, uciekającej do Egiptu, by ratować Dziecko. Łukasz opowiada jeszcze o dwóch wydarzeniach, z których jedno dotyczy rodzinnej historii z czasów, gdy Jezus miał dwanaście lat. To jedyne opisane w Ewangelii wydarzenie z „ukrytego życia Jezusa”, pomiędzy Jego narodzeniem, a czasem, gdy mając około trzydziestu lat, rozpoczyna swoją publiczną działalność. I właśnie to wydarzenie, znane pod nazwą: „Odnalezienie Jezusa w świątyni” może być szczególnie interesujące.

Chodzili na Paschę

Jezus, Syn Boży, otrzymuje religijne wychowanie. Pielgrzymuje z Rodzicami na święto Paschy do Jerozolimy. Uczy się modlitwy. Poznaje Święte Pisma. Wprowadzany jest w tajniki synagogalnego zgromadzenia. Choć brzmi to dość paradoksalnie, to właśnie świadczy o realności ludzkiej natury Syna Bożego. Jest On prawdziwym człowiekiem. Dorasta więc, uczy się, poznaje świat, „czyni postępy w mądrości i dojrzałości” – jak czytamy w Ewangelii. Jako człowiek poznaje naukę o Ojcu w niebie. W świątyni przysłuchuje się nauczycielom, zadaje pytania, z ciekawością słucha odpowiedzi. Inspirujący przykład dla młodych, otwartych, chłonnych wiedzy. I dla rodziców, wprowadzających swoje dziecko w ważne tajemnice życia.

Jezus, chłopiec, został w Jeruzalem

Tak, został. Nie „zgubił się”, wbrew częstemu przekonaniu. Z jakiegoś powodu dwunastoletni Jezus wprowadził swoich Rodziców w sytuację nie do pozazdroszczenia. Trzy dni poszukiwań. Najpierw w drodze, wśród znajomych i krewnych. Potem w Jerozolimie, w tłumach, opuszczających święte miasto po zakończonych uroczystościach. Tam naprawdę młody chłopak mógł zaginąć. A do tego jeszcze ten ciężar niewyobrażalnej odpowiedzialności… Znali przecież Jego tajemnicę. Czy jednak do końca?

Czemu to uczyniłeś?

„Dziecko, czemu nam to uczyniłeś? Oto ojciec Twój i ja, bolejąc, szukaliśmy Cię.” Jak trudne muszą być dla rodziców takie chwile, gdy uświadamiają sobie, że nie rozumieją własnego dziecka. Gdy nagle odkrywają, że ma ono jakiś plan, którego nie pojmują. To była właśnie taka chwila. Tym trudniejsza, że przynosząca jeszcze szorstką odpowiedź Dwunastolatka: „Cóż, żeście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do Mego Ojca?” Nie wiedzieli. A teraz nie zrozumieli tego co im powiedział. Możemy być jednak pewni, że uświadomili sobie to, co w pewnym momencie uświadamia sobie wielu rodziców: ich dziecko wkracza na własną drogę życia. Nie należy do nich, a jedynie do Boga. I to On, w zaskakujący nieraz sposób, zaprasza, by wyruszyć z Nim w drogę. Bywa, że coś, co na pozór zdaje się być krnąbrnością, czy nieposłuszeństwem, kryje w sobie tajemnicę, niezrozumiałą nawet dla najbliższych. Ewangelia mówi, że potem Jezus poszedł z nimi. Gdy wrócili do Nazaretu „był im poddany”. Życie w rodzinnej miłości nie musi oznaczać zrozumienia zawsze i do końca tych, których kochamy. Bez wątpienia jednak, musi oznaczać głęboki szacunek dla tajemnicy, która w sobie noszą. Bo jest to również tajemnica boga. Epizod, który miał miejsce w Jerozolimie, był najwidoczniej potrzebny i Jezusowi, i Jego Rodzicom. Była to zapowiedź nowego etapu, który rozpocznie się w życiu Syna Bożego osiemnaście lat później. Wtedy ostatecznie opuści swój dom, by spełnić misję, dla której przyszedł na świat.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved