Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

„Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: <<Oto Baranek Boży>>. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.” Zauważmy: uczniowie Jana opuścili swojego mistrza i podążyli za Jezusem, gdy usłyszeli te właśnie słowa. Poprzedniego dnia, na widok Jezusa, Jan również oświadczył: „Oto Baranek Boga, który gładzi grzech świata”. Co chciał powiedzieć swoim uczniom Jan Chrzciciel, nazywając Jezusa w tak zaskakujący sposób?

„Baranek Boży”. Dosłownie: Baranek Boga. Jako chrześcijanie przyzwyczailiśmy się do tego określenia Jezusa. Słyszymy je w każdej mszy świętej. Powraca w tekstach Nowego Testamentu, zwłaszcza w Apokalipsie. Jednak, gdy usłyszeli je po raz pierwszy uczniowie Jana, musieli być poruszeni. Skojarzenia, jakie nasuwają się w związku z tym tytułem, musiały być dla nich zaskakujące.

Pascha. Wyjście z niewoli egipskiej. To zapewne pierwsze skojarzenie. Baranek paschalny, którego krwią znaczono odrzwia domów, by znaleźć ocalenie przed śmiercią. Później, pisma proroków (Izajasza i Jeremiasza) przedstawiają obraz baranka, prowadzonego na zabicie, składanego w przebłagalnej ofierze za grzechy ludzi. W „pieśniach o słudze Pana”, jakie znajdujemy w proroctwie Izajasza, tajemnicza postać sługi utożsamiona jest z ofiarnym barankiem. Milczący, pokornie znoszący cierpienie, bierze na siebie winy i grzechy ludzi. Jak w opisanym w Księdze Kapłańskiej pokutnym rycie, sprawowanym co roku w Święto Przebłagania (Jom Kippur), gdy na ofiarnego kozła (baranka) składano symbolicznie grzechy ludu, by zaniósł je na pustynię, uwalniając ludzi od winy. „Przez jego rany zostaliśmy uzdrowieni” – mówi proroctwo Izajasza.

„Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” – oznajmia Jan, wskazując na Jezusa. Gładzi, usuwa – czyli bierze na siebie, dźwiga go, czując jego ciężar. Nie cofa się. Daje się ugodzić ludzkim grzechom, zostając przybitym do krzyża. Przyjmuje niesprawiedliwą śmierć, ukazując straszliwą potęgę zła, by mocą swego zmartwychwstania odmienić na zawsze losy świata.

Tego oczywiście nie wiedzieli jeszcze uczniowie Jana. Inspirowani słowami swego nauczyciela, poszli jednak za nowym mistrzem. „Zobaczyli gdzie mieszka” – napisał jeden z nich, dziesiątki lat później, opisując to spotkanie w Ewangelii, która dziś nosi jego imię. Musiał zapamiętać na całe życie tamten wieczór, gdy zafascynowani poznanym Mesjaszem, pozostali u Niego. Już na zawsze.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

„Wtedy przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i został ochrzczony przez Jana w Jordanie” – słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Warto zwrócić uwagę na kontekst tego wydarzenia, ukazany w tekście kilka wersetów wcześniej. W opisie działalności Jana Chrzciciela czytamy: „Jan chrzcił na pustyni i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów”. Zauważmy – Jan chrzci na pustyni. Tradycja precyzyjnie wskazuje to miejsce na Pustyni Judzkiej, na wysokości Jerycha, niedaleko ujścia Jordanu do Morza Martwego. Można było zapewne znaleźć wiele bardziej przyjaznych ludziom miejsc, niż skaliste, pustynne pustkowie. Choćby w zielonej Galilei, nieopodal jeziora, przez które przepływa Jordan (gdzie zresztą urządzono dziś symboliczne „miejsce chrztu Jezusa”, aby zaoszczędzić turystom wyprawy na pustynię). Pustynia jest jednak miejscem symbolicznym. Nie tylko dlatego, że ukazuje kruchość i bezradność człowieka. Jest również miejscem objawiania wielkich dzieł Boga. Dla Izraelitów jest wspomnieniem Paschy i wyzwolenia, dokonującego się wśród znaków i cudów zdziałanych przez Pana. Jest drogą do ziemi Bożych obietnic, do której weszli, przekraczając Jordan. Teraz też wchodzą w wody Jordanu, posłuszni słowom Jana Chrzcicela, zanurzając się i wyznając swoje grzechy, aby doświadczyć duchowej wolności, którą ma przynieść nadchodzący Mesjasz.

Przybywający z Galilei na Pustynię Judzką Jezus przyjmuje z rąk Jana chrzest, wiążąc z tym znakiem początek swej misji. To zaskakujące. Chrzest Jana jest bowiem obrzędem pokutnym, któremu towarzyszy zanurzenie w wodzie i wyznanie grzechów. Bezgrzeszny Syn Boży nie potrzebuje oczyszczenia. Nie będzie też wyznawał swych win. Ewangelia podkreśla, że „zaraz” (natychmiast) po chrzcie wyjdzie z wody. Teraz staje jednak w nurtach rzeki wraz z tymi, którzy pragną wyzwolenia z grzechów. Wypełnia się Izajaszowe proroctwo: „zaliczony został do przestępców, ponieważ sam dźwigał grzechy wielu i wstawiał się za przestępcami”. Oto Baranek Boży, który bierze na siebie grzech świata.

„Wychodząc z wody, ujrzał rozdarte (sic!) niebiosa” – zapisał ewangelista. „Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił!” – wołał niegdyś w proroctwie Izajasza lud Boży, modląc się o zbawienie. Spełnia się błaganie pogrążonego w grzechach świata. Namaszczony Duchem Świętym Syn umiłowany, w którym Ojciec ma upodobanie, przyszedł, aby uczynić ludzi umiłowanymi dziećmi Boga.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Chyba żadne inne biblijne opowiadanie nie pobudzało tak wyobraźni, ale i nie niosło tak wielu pytań, skłaniających do badań i refleksji, jak opowiadanie o „magach ze Wschodu”. Gdy słyszymy ten fragment Mateuszowej Ewangelii w uroczystość Objawienia Pańskiego, warto mu się bliżej przyjrzeć, szukając najważniejszego przesłania, jakie niesie.

Jakie są realia opowiadania o magach? Nie wiemy ilu ich naprawdę było. Biblijny opis o tym milczy. Ewangelia nie wymienia też ich imion. Te – wymyślą dopiero średniowieczne przekazy. Nazwani są „magami ze wschodu”. Czasem mówi się o nich: „mędrcy”. Późniejsza tradycja zobaczy w nich królów. Kim mogli być w ewangelicznym opowiadaniu? Astrologami, wpatrującymi się w gwiazdy? Mędrcami z perskich, czy babilońskich dworów, szukającymi w zjawiskach przyrody odpowiedzi na nurtujące ich pytania? Uczniami Zaratustry? Niezależnie od tych pytań, widzimy w przekazie Ewangelii ludzi, będących autorytetami pogańskiego świata. Podejmują mozolną i długą podróż, by odnaleźć na zapadłej prowincji rzymskiego imperium, ubogą żydowską rodzinę i oddać królewski hołd nowonarodzonemu Dziecku. Dokonuje się to w gęstniejącej wokół atmosferze zbliżającego się niebezpieczeństwa. Historia ta bowiem, oprócz fascynacji, jaką widzimy w tajemniczych przybyszach, ukazuje również obsesyjną nienawiść, rodzącą się w sercu psychopatycznego despoty.

Opowieść o magach ze Wschodu ma charakter teologiczny. Nie jest reportażem, ani relacją naocznego świadka. Jeśli ktoś przywiązany jest bardziej do nawarstwiających się przez wieki narracyjnych detali, niż prostoty i prawdy ewangelicznego przekazu, może poczuć się rozczarowany. Może też nie dostrzec najważniejszego przesłania tego opisu.

W zaskakujących paradoksach tej historii objawia się, przez wszystkie czasy, tajemnica zbawczego planu Boga. Mają w nim swój udział także ci, przychodzący z dalekich dróg życia, szukający na swój sposób prawdy i sensu. To właśnie oni, dzięki swej wierze, spotkają objawiającego się Syna Bożego. Nie uda się to ani ówczesnym uczonym teologom, znającym nawet miejsce narodzenia Mesjasza, ani Herodowi, sparaliżowanemu irracjonalnym lękiem przed utratą swej władzy. Radość spotkania z Przychodzącym stanie się udziałem pokornych, szukających wytrwale i z nadzieją. Także dzisiaj.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Aż trzykrotnie w krótkim okresie Narodzenia Pańskiego słyszymy w liturgii Prolog Ewangelii św. Jana. „Hymn o Słowie-Logosie” staje się dominantą świątecznego czasu, zapraszając słuchaczy do – niełatwej bynajmniej – wędrówki w głąb tajemnicy Boga. Choć „Hymn o Słowie” otwiera Janową Ewangelię, to jednak – gdy chodzi o teologiczną refleksję autora – jest on w rzeczywistości jej ostatnim akordem. Zwieńczeniem przesłania ewangelisty, który – ukazując w swym dziele wielkie dialogi, toczące się między religijną elitą Izraela, a Jezusem – szuka odpowiedzi na fundamentalne pytania stawiane Nauczycielowi z Nazaretu: „Kim jesteś? – Skąd przychodzisz? – Dokąd idziesz?” Jezus daje na nie odpowiedzi. Ukazuje siebie jako wysłannika Ojca, który „od Boga wyszedł i do Boga idzie”, „wstępując tam, gdzie był przedtem”. Ojciec „otoczy Go chwałą”, którą Syn miał u Niego „zanim świat powstał”. W Ewangelii Jana, Jezus, wywyższony na krzyżu, zmartwychwstały i wstępujący do nieba, objawia skąd przychodzi. Koniec odsyła nas do początku. Prolog Janowej Ewangelii jest ostatnią wypowiedzią Nowego Testamentu o Chrystusie, nazwanym tu „Logosem-Słowem”.

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga”. Ten tekst to ostateczny owoc długiej refleksji, o pochodzeniu Jezusa. Mamy cofnąć się w Bogu aż do absolutnego początku Tego, który – sam będąc Bogiem – jest jednocześnie „u Boga” (zwrócony ku Bogu). „Wszystko przez Nie (Słowo) się stało (…), co istnieje. W Nim było życie, a życie było światłem ludzi.” Słowo jest Stwórcą. Daje ludziom życie. Staje się ich światłem. Wierzyć w Nie – to uznać Je za światło swego życia. Zaproszenie to wyraźnie rozbrzmiewa w Prologu.

„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało (dosłownie: rozbiło namiot) wśród nas. I widzieliśmy Jego chwałę.” W tych słowach ukazana jest cała paradoksalna niezwykłość Boga. „Słowo, które stało się ciałem”, łączy dwa niezwykle odległe od siebie światy: niepojętą wielkość Boga i bolesną kruchość człowieka. Rzecz nie do pomyślenia, nie do wyobrażenia, nie do pojęcia. „Stało się”. W tej prostej formule realizuje się tajemnica Wcielenia – źródło niekończącej się refleksji o Chrystusie – Bogu i Człowieku. Prolog Janowej Ewangelii wciąż fascynuje.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

W Niedzielę Świętej Rodziny słyszymy w liturgii wezwanie do naśladowania Rodziny z Nazaretu. Nie jest to łatwe zadanie. Ktoś powie, że wręcz niemożliwe. Można bowiem zapytać: „Jak naśladować rodzinę, w której – wyraźmy tę prawdę w prostych słowach – Dziecko poczęte jest bez udziału ziemskiego ojca, dzięki interwencji Ducha Świętego, jest Synem Boga, a rodzi je Matka-Dziewica i to niemająca najmniejszego nawet grzechu?” Czy jest na świecie druga rodzina, żyjąca w sytuacji, choć nieco zbliżonej do tej? Czy więc naśladowanie Rodziny z Nazaretu przez jakąkolwiek współczesną rodzinę jest w ogóle możliwe?

A może należałoby raczej zapytać – w czym możemy ją naśladować (gdy wiemy już w czym z pewnością nie będziemy mogli)? Spójrzmy na scenę z dzisiejszej Ewangelii. Widzimy dwoje młodych małżonków, wchodzących do świątyni ze swoim nowonarodzonym niemowlęciem. To Jerozolima. Świątynia Pana. Czterdzieści dni wcześniej, w nieodległym Betlejem, kobieta urodziła syna. Nie wiemy, czy małżonkowie zostali przez ten czas w Betlejem, mieszkając w wynajętej kwaterze, czy też powrócili do rodzinnego Nazaretu (ok. 120 km), by po czterdziestu dniach znów przejść tę drogę i znaleźć się w Jerozolimie. Bez wątpienia, najistotniejsze było dla nich pełnienie woli Boga. Mieli świadomość, że to, co dzieje się w ich życiu, jest Jego dziełem. Jemu pragnęli oddawać chwałę i Jemu chcieli być posłuszni. To dlatego – choć przecież mogliby szukać „okoliczności usprawiedliwiających” – idą do świątyni, by spełnić religijny rytuał przewidziany przez Torę. Składają ofiarę ubogich – na tzw. „oczyszczenie matki” po narodzinach dziecka – i „stawiają przy Panu” nowonarodzonego Syna, nawiązując do obowiązku „wykupu” każdego pierworodnego, który zawsze „należy do Pana”. Przez te proste, uświęcone tradycją gesty, powierzają swoje życie i życie swego Syna (z całą tajemnicą, którą w sobie kryje) Wszechmocnemu Bogu.

Dzięki temu, że znaleźli się w świątyni, mogli usłyszeć słowa proroctwa, ukazujące misję ich Dziecka. To potwierdzenie zbawczego planu Boga. „Moje oczy ujrzały Twoje zbawienie (…), światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” – wysławia Boga Symeon, trzymając na rękach małego Jezusa. W jego tajemniczych słowach brzmi też zapowiedź dramatycznych wydarzeń czekających Nowonarodzonego. Są one jednak częścią spełniającego się właśnie zbawczego planu Boga.

To zaledwie epizod z zapisanych na kartach Ewangelii wydarzeń z życia Rodziny z Nazaretu. We wszystkich jednak, nawet w tych naznaczonych lękiem i niepewnością, widzimy tę samą ufność wobec Boga. Jako nowożeńcy, zaskoczeni Bożym wezwaniem, niepojętym dla nich; jako młodzi małżonkowie, szukający w niesprzyjających okolicznościach miejsca na zbliżające się narodziny Dziecka; jako uchodźcy, ratujący życie Nowonarodzonego, zmuszeni do opuszczenia swojej rodzinnej ziemi; jako rodzice, przeżywający trudne dla siebie chwile związane z życiowymi planami dorastającego Syna (trzydniowe „zgubienie się” w Jerozolimie dwunastoletniego Jezusa musiało być dla nich traumatycznym przeżyciem)… Czy, choć – jako Święta Rodzina – tak cudownie niezwykli, nie uczą nas wiary i prawdziwej mądrości w przeżywaniu zupełnie „zwykłych” wydarzeń życia? W ufności wobec kochającego Boga.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved