Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Nie pozostawię was sierotami

Obszerna relacja z Ostatniej Wieczerzy, jaką znajdujemy w ewangelii św. Jana, obfituje w tajemnicze słowa Jezusa. „Nie pozostawię was sierotami – mówi do swoich uczniów. Zaskakujące określenie. Sierotami nazywamy przecież dzieci, które utraciły rodziców. Dorosły człowiek – nawet jeśli umarli już jego ojciec i matka – nie jest sierotą. W słowach Jezusa, pełnych czułości i troski, ukazana jest prawda o naszym życiu. O naszej bezradności i słabości. W drodze do życia wiecznego podobni jesteśmy do dzieci, nieustannie potrzebujących opieki i wsparcia. Mimo swej dorosłości i posiadanych zdolności, nie jesteśmy samowystarczalni. On to doskonale rozumie. Wie, że bez Niego nie będziemy sobie w stanie poradzić. „Powrócę do was” – zapewnia uczniów. Teraz jednak odchodzi. W jaki sposób ma dokonać się Jego zapowiadany powrót?

Paraklet

„Będę prosił Ojca i da wam innego Parakleta”. Tajemnicze słowo „Parakletos”, które przynosi nam grecki tekst ewangelii, kryje w sobie wiele znaczeń. Najczęściej używane – „Pocieszyciel” – to tylko jedno z nich. „Parakletos” – to ktoś, kto jest przyzywany w potrzebie. Przychodzący niezawodnie z pomocą. Wspomożyciel. Orędownik. Obrońca, niczym adwokat w sądzie, broniący przed oskarżycielem. Jezus prosi Ojca o ten – niczym nie zasłużony – Dar dla nas. Nazywa Go „innym Parakletem”. Pierwszym Parakletem jest bowiem sam Pan Jezus. To On swoją miłością, aż do „oddania życia za przyjaciół”, broni nas przed oskarżeniami złego ducha, ukazującego nasze życie jako bezwartościowe i bezsensowne. Przywraca nam życie. Przekonuje o godności, jaką mamy w oczach Boga. Dzieło Jezusa-Parakleta, po Jego odejściu do Ojca, będzie w tym świecie prowadzić dalej Ktoś „inny”.

Duch Prawdy

Tak nazywa Go Jezus. Duch Prawdy. Duch prawdziwy, autentyczny, do którego istoty należy prawda (gr. „aletheia”). W tym świecie, „który Go nie jest w stanie przyjąć, ponieważ ani Go nie widzi, ani nie zna”, Duch Paraklet będzie z uczniami Jezusa na zawsze. Więcej – będzie „w nich”, dając im pewność zbawienia i miłości Ojca. Przyznajmy, nie jesteśmy w stanie pojąć do końca tych słów Pana Jezusa. Mamy świadomość, że dotykamy największej tajemnicy w dziejach świata. W niepojęty sposób stajemy się jej uczestnikami. „Ja jestem w moim Ojcu, wy we Mnie, a Ja w was”. Życie Boga stało naszym udziałem. Zmartwychwstały Pan nieustannie jest z nami. Dzięki Duchowi, który w nas zamieszkał.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Obraz pasterza i owiec, którym posługuje się Pan Jezus, może nam dziś stwarzać pewne trudności. Dla większości z nas nie są to bowiem realia naszej codzienności. Możemy przywołać najwyżej wakacyjne wspomnienia… Dla słuchaczy Jezusa był to jednak obraz wzięty z ich życia. Oprócz powszechnych konotacji, przywołany w przypowieści obraz niesie również w sobie głęboki sens symboliczny. To on jest tutaj najistotniejszy.

Jezus – prawdziwy i dobry Pasterz – przestrzega przed tymi, którzy w Jego owczarni stają się uzurpatorami i złoczyńcami. Obcy dla owiec, jako złodzieje i przestępcy wdzierają się do owczarni, aby „kraść, zabijać i niszczyć”. Są najemnikami, którym nie zależy na owcach. O kim myśli Rabbi z Nazaretu? Jego słowa wywołają za chwilę wzburzenie wielu słuchaczy. Niektórzy z nich wykrzyczą: „Opętał Go demon i szaleje. Dlaczego Go słuchacie?” Co dotknie ich tak mocno?

W ewangelii słowa Jezusa umieszczone są w kontekście cudownego uzdrowienia niewidomego. To wydarzenie wywołało wrogość faryzeuszów, oskarżających Jezusa o pogwałcenie szabatu. Przypowieść o dobrym pasterzu jest kontynuacją polemiki z wrogo nastawionymi wobec Jezusa religijnymi przywódcami ludu. To ci, należący do religijnej elity, znający doskonale tradycję i święte Pisma. Czy to właśnie ta wiedza spowodowała tak histeryczną reakcję na słowa Jezusa?

„Biada pasterzom Izraela, którzy pasą samych siebie. Czy pasterze nie powinni paść owiec? Spożywacie mleko, okrywacie się wełną, zabijacie tłuste sztuki, ale owiec nie chcecie paść. Słabej nie przywracacie sił, chorej nie leczycie, skaleczonej nie opatrujecie, zabłąkanej nie zawracacie, zaginionej nie szukacie. Traktujecie je surowo i okrutnie.” Słuchacze Jezusa doskonale znali proroctwo Ezechiela. Napisane setki lat wcześniej, nabierało teraz, dzięki słowom Jezusa, zadziwiającej aktualności. „Tak mówi Pan Bóg: Oto Ja jestem przeciwko pasterzom. Upomnę się u nich o moje owce.” Bóg nigdy nie zrezygnuje z tych, których kocha. Nie zamknie oczu na ich krzywdę. Weźmie ich w obronę. Jego interwencja jest blisko. Religijni przywódcy ludu, „pasterze Izraela”, zrozumieli przeciw komu wypowiedziano ponadczasowe proroctwo.

„Tak mówi Pan Bóg: Ja sam będę się troszczył o moje owce i sam będę ich doglądał… Będę szukał zaginionej, zabłąkaną zawrócę, skaleczoną opatrzę, chorej przywrócę siły…” – prorokuje Ezechiel. „Ja jestem dobrym Pasterzem. Dobry Pasterz poświęca swoje życie za owce.” – oznajmia Jezus. Wypełnia się słowo proroka. Bóg – dobry Pasterz – oddaje życie swoje za owce. Paradoksalnie, objawia to, stając się Barankiem złożonym w ofierze za grzechy świata. Tego właśnie Baranka, złożonego w ofierze, ale żyjącego, zobaczy natchniony wizjoner w Apokalipsie. Zwycięski Baranek pasł będzie tych, którzy obmyci zostali Jego krwią, prowadząc ich do źródeł wody życia. Wśród nich jest miejsce także i dla nas.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Około szóstej godziny

To działo się w południe. Według biblijnej rachuby czasu „szósta godzina” dnia to dwunasta godzina „naszego” czasu. Skwar. Jezus, strudzony drogą, odpoczywał przy studni Jakuba. „Nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody” – czytamy w ewangelii. Zaczerpnąć wody? W południe? W najgorętszej porze dnia? Czemu nie rankiem, jak inne kobiety, chcące uniknąć dokuczliwego upału? Nie chciała się z nimi spotkać? Wolała być sama? Dlaczego?

Zawołaj swego męża

Ta rozmowa była dość szokująca. Jezus łamie obowiązujący obyczaj, może nawet przekracza granice przyzwoitości. On, pobożny Żyd, sam na sam z obcą kobietą (do tego Samarytanką!), w obfitującej w błyskotliwe bon moty pogawędce. Nawet ona sama zdawała się nie dowierzać: „Jakże Ty, Żyd, możesz prosić mnie, kobietę samarytańska, o wodę?”. A jednak ją poprosił. A potem, zręcznie odwracając role, sam zaproponował jej wodę. Inną wodę… I im dłużej z nią rozmawiał, tym większa rodziła się w niej tęsknota. By już więcej nie odczuwać pragnienia. By już nie przychodzić tutaj i czerpać, narażając się na upokorzenie. Niespodziewanie Jezus zmienił temat rozmowy: „Idź zawołaj swego męża” – polecił. Spojrzała na Niego zaskoczona. Co tak naprawdę wiedział o jej życiu?

Wyjawił mi wszystko, co uczyniłam

Porzuciła swe naczynie przy studni. Nie było jej już potrzebne. Wróciła do swego miasta, opowiadając o Jezusie. „Wyjawił mi wszystko, co uczyniłam, chodźcie zobaczcie tego człowieka” – powtarzała poruszona. Po raz pierwszy od długiego czasu patrzyła na siebie bez wstrętu. Nie czuła się upokorzona. Dzięki Jezusowi stanęła w prawdzie, wyzwolona z ciężaru wstydu. Spotkanie z Jezusem przyniosło jej wolność.

Skrutynia

Janową ewangelię o Samarytance słyszą katechumeni w czasie swego pierwszego skrutynium. Przygotowując się do przyjęcia chrztu w czasie uroczystości paschalnych, w kolejne niedziele Wielkiego Postu, przeżywają obrzędy, które mają „przeniknąć”, „zbadać” („scrutare”) ich umysły i serca. Dla nich skrutynia są wejściem w ostatni etap przedchrzcielnych przygotowań. Dla towarzyszących im w tej wielkopostnej drodze chrześcijan – okazją do powrotu do źródeł chrztu i płynących z niego zobowiązań. Ewangelia pierwszego skrutynium prowadzi do poznania prawdy o swoim grzechu. Wyzwala z obłudy, w której nieustannie szukamy dla siebie usprawiedliwienia, przekonani, że sami sobie poradzimy. Pierwsze skrutynium odziera z tych złudzeń. Przebaczenie grzechów i nowe życie przynieść człowiekowi może tylko Chrystus. Samarytanka poznała tę tajemnicę tamtego upalnego dnia w Sychar, gdy szła zaczerpnąć ze studni Jakuba.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Abram

To wydarzyło się cztery tysiące lat temu. W starożytnym Charanie, którego ruiny znajdziemy dziś w południowo-wschodniej Turcji. Tam właśnie zaczyna się historia Abrama, syna Teracha, potomka Sema, syna Noego. Genealogia podana w Biblii wiąże jego ród z ojcem nowej, odrodzonej po potopie ludzkości. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co wydarzyło się w czasie jednej z ówczesnych „pielgrzymek ludów”, w której – wraz z członkami swego koczowniczego szczepu – wędrował Abram z Ur chaldejskiego ku lepszej i bezpieczniejszej przyszłości. Nie dotarł jednak do ziemi Kanaan, celu swej drogi. Z jakiegoś powodu osiadł w Charanie, który stał się jego domem. Do kraju Kanaan poprowadzi go w przyszłości Ktoś inny.

Lech-lecha

Nie jest łatwo przetłumaczyć jednoznacznie ten hebrajski zwrot, otwierający biblijny opis powołania Abrama. „Idźże ty”, czy też: „idź dla siebie”, tłumaczone często jako: „wyjdź”, „zostaw”. To co będzie się działo, cała rozpoczynająca się tu historia, jest „dla niego”. To znaczy – dobra, potrzebna dla niego. Konieczna, by spełnił się ostatecznie sens jego życia. Nie było nim przecież ani posiadane bogactwo, ani liczne stada, gromada służby i cały dobytek, którego – wraz ze swym bratankiem Lotem – dorobił się w Charanie. Abram słyszy wezwanie, które uświadamia mu konieczność podjęcia radykalnej decyzji. Ma odkryć sens swego życia.

Zostaw twoją ziemię

„Zostaw twoją ziemię, twój ród i dom twojego ojca…”. To warunek. Dać się wykorzenić. Pozbawić ziemi, rodu, ojcowizny. Wszystkiego, co mogłoby zatrzymać, przeszkodzić. „Idź do ziemi, którą ci wskażę” – słyszy. I nic więcej. Jak jednak zrozumieć, gdy jest się wychowanym w kręgu oczywistego politeizmu, że słyszy się głos jedynego prawdziwego i niewidzialnego Boga? Potraktować Jego głos całkowicie serio? Porzucić wszystko, by wypełnić polecenie, które się usłyszało? Kto z nas dzisiaj, z całym naszym religijnym doświadczeniem, gotów byłby na tak radykalny krok?

Obietnica

Każda z obietnic, jakie Bóg składa Abramowi brzmi zaskakująco. Wręcz nierealnie. „Wywyższę twoje imię… uczynię cię wielkim narodem…” I wreszcie: „Staniesz się błogosławieństwem”. „B’racha” – błogosławieństwo. To słowo modlitwy. Życzenie, w którym człowiek odwołuje się do Boga. Abram słyszy rzecz niebywałą: to on ma się stać błogosławieństwem Boga dla ludzi. Mnóstwa ludzi. Ów „wielki naród”, któremu on (stary i żyjący w bezpłodnym małżeństwie!) ma dać początek, to – zgodnie z zapowiedzią Boga – „ludy całej ziemi, które przez niego będą otrzymywać błogosławieństwo”.

Wyruszył

„I wyruszył Abram, zgodnie z poleceniem Pana”. Nie wiedział dokąd idzie. Nie znał kształtu swojej przyszłości. Zaufał bezgranicznie słowu Pana. Słowu obietnicy. Tam, w Charanie, czterdzieści wieków temu, Abram-Abraham wyruszył jako pierwszy z ludzi drogą wiary. Podąży za nim „naród wielki”, potomstwo Bożej obietnicy. W nim i my, którzy drogą ojca wiary dojdziemy do spotkania z jego i naszym Bogiem.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Pierwsze kuszenie Chrystusa

Gdy przed czterdziestu dniami stanął w wodach Jordanu, usłyszał głos Ojca: „Ty jesteś mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Modląc się i poszcząc w ciszy pustyni, przygotowywał się do swojej drogi. Teraz wie już dokąd ma pójść. Jest gotów. W tej właśnie chwili pojawił się przy Nim kusiciel.

„Jeśli jesteś Synem Bożym…” – zaczął. Jak to: „jeśli”? Czy nie wie, że On Nim jest? „Powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem.” Tyle kamieni wokół… Chleba wystarczy dla wielu głodnych. Czy Jezus nie mógłby – sugestia jest czytelna – za jednym razem rozwiązać na zawsze problemu ludzkiego głodu? Czy nie byłby to wspaniały początek Jego misji? Przecież jest Synem Bożym…

„Rzuć się w dół!”. Fascynująca propozycja! Niech wypełni się zapowiedź psalmu. Ten, kto się w opiekę oddał Najwyższemu, nie musi się przecież obawiać. Słowo Boga objawi swą prawdę. A Mesjasz, niesiony na skrzydłach aniołów ze szczytu Świątyni Pańskiej, zostanie z aplauzem przyjęty przez swój lud. Jest przecież Synem Bożym…

„To wszystko dam Ci…”. Na jak wysokiej górze musieli się znaleźć, że wszystkie królestwa świata z całą ich wspaniałością znalazły się na wyciagnięcie ręki? Czy świat nie potrzebuje wreszcie mądrego władcy? Dobrego króla, który zatroszczy się o swych poddanych? Zapanuje pokój. Ludzie żyć będą w braterskiej jedności. Dobrobyt, jaki zapewni roztropny i sprawiedliwy rządca, przyniesie wdzięczność ludu. Syn Boży stanie się królem świata! Za cenę jednego, niewiele znaczącego pokłonu…

Na początku swej drogi Pan Jezus otrzymuje od diabła atrakcyjną propozycję. Subtelny projekt osiągnięcia dobra. Korzyści. Spełnienia. Niech karmi głodnych. Niech jako Mesjasz objawia swą chwałę, uwielbiany przez tłumy. Niech zaradza wszystkim potrzebom ludzi. Niech panuje nad światem. Byle tylko nie chciał go zbawić! Byle nie szedł na krzyż, aby wyrwać człowieka z niewoli grzechu i śmierci. Niech upiększa mu – najlepiej jak potrafi – jego doczesność, byle tylko nie chciał otworzyć przed nim wieczności!

„Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga twego. Idź precz, szatanie!” Pierwsze kuszenie Chrystusa skończyło się fiaskiem. Jezus rozpocznie swą drogę do Jeruzalem. „Wtedy opuścił Go diabeł”. Do czasu. Kiedyś, na skalnym wzgórzu Golgoty rozlegnie się ponownie: „Jeśli jesteś Synem Bożym”…

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved