Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Zmartwychwstanie

Saduceusze. Kapłańscy arystokraci. Skądś musieli się dowiedzieć, że Jezus mówił o zmartwychwstaniu. Może usłyszeli jak zapewniał, że czyniący dobro otrzymają swą nagrodę „przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”? Być może dowiedzieli się od któregoś z Jego uczniów, że idąc do Jerozolimy zapowiadał swoją śmierć, dodając, że „trzeciego dnia zmartwychwstanie”? Czemu On powtarza wciąż te dziwne opowieści, którym wiarę tak chętnie dają pobożni prostacy? – dziwili się. Ciekawi byli jak zareaguje na opowiedzianą Mu historię…

Lewirat

„Jeśli bracia mieszkają razem, a jeden z nich umrze i nie pozostawi syna, to żona zmarłego brata nie może wyjść za mąż za kogoś spoza rodziny, lecz jej szwagier ma przyjść do niej, wziąć ją za żonę i w ten sposób wypełnić wobec niej obowiązek szwagra. Pierworodny syn, którego ona urodzi, przejmie imię zmarłego brata, aby jego imię nie zaginęło w Izraelu.” To na ten nakaz – obowiązek lewiratu – zapisany w Księdze Powtórzonego Prawa, powołują się saduceusze, wymyślając absurdalną historyjkę, mającą wykpić prawdę o zmartwychwstaniu umarłych. Posługują się w swoim rozumowaniu logiką wybiórczej akceptacji prawd wiary: przyjmują to, co wydaje im się prawdopodobne, bądź jest dla nich wygodne; odrzucają wszystko, co nie jest do końca zrozumiałe, czy też niesie wymagania, którym nie mają ochoty się podporządkować. Te kryteria przekreślają w rzeczywistości fundament wiary. Jest nim bowiem uznanie za wiarygodne usłyszanego Słowa, ze wszystkim co ono niesie. Wiara – tak, jak rozumie ją Biblia – rodzi się ze słuchania. Głoszona przez Jezusa prawda o zmartwychwstaniu – choć obecna już w pewien sposób w religijnej tradycji Izraela – była dla saduceuszów nie do przyjęcia. Byli przekonani, że wiedzą lepiej…

Życie nowe, życie inne

Próbując zrozumieć sceptycyzm antagonistów Jezusa trzeba przyznać, że w jednym zapewne mieli rację: zapowiadane przez Niego zmartwychwstanie rzeczywiście było niewyobrażalne. Próba poszukiwania analogii, mających w materialny, bardziej empiryczny sposób ukazać tę tajemnicę, nieuchronnie kończy się fiaskiem. Trudność tę widzimy wyraźnie obserwując wydarzenia, które miały miejsce po zmartwychwstaniu Jezusa. Spotkania z Nim, takim, jakim się ukazywał, były szokiem nawet dla najbliższych uczniów. Sam fakt powrotu zmarłego do krainy żywych mogliby zapewne zaakceptować, byli przecież, towarzysząc Jezusowi, świadkami wskrzeszeń, których dokonał. Jezus jednak objawiał im, że nie żyje swoim „starym” życiem. Nie jest jak Łazarz, którego wyprowadził z grobu, jak ów młody chłopak, wskrzeszony przez Niego przy bramie miasta Nain, czy obudzona ze snu śmierci córeczka Jaira. On, zza granicy śmierci, przyniósł w sobie życie nowe, inne, przekraczające kryteria tego świata, choć – paradoksalnie – w nim się objawiające. Co więcej, życie, które przynosi Zmartwychwstały, ma – zgodnie z Jego obietnicą – stać się udziałem tych, którzy w Niego wierzą. Czy można to sobie wyobrazić?

Bóg żyjących

To właśnie tę prawdę – z oczywistych względów przedstawianą jeszcze w zawoalowany sposób – próbuje Jezus przekazać swoim słuchaczom. Jego zapowiedź ostatecznie wypełni się w nowości, jaką ukaże dzień ostatni, Dzień Pana. W zmartwychwstaniu, które przyniesie, objawi się pełnia prawdy o nas. I życie, w całej jego obfitości, będące darem Zmartwychwstałego Pana. „Bo Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją.” Czyż nie jest  to fascynująca perspektywa?

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Doprawdy, trudno o bardziej komiczny widok. Niewyrośnięty Zacheusz, znienawidzony szef lokalnych poborców, trzymający się kurczowo gałęzi sykomory i lustrujący z uwagą przechodniów… Wyglądał do tego stopnia pokracznie, że nawet ci, którzy – świadomi jego pozycji i wpływów – czuli przed nim respekt, nie mogli powstrzymać śmiechu. Co skłoniło bogacza z Jerycha, bezwstydnie wysługującego się rzymskiemu okupantowi i bezlitośnie łupiącego swych ziomków, do tej zaskakującej akrobacji? Nikt chyba nie potrafił znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Jedno było pewne. Długo będzie bohaterem pełnych kpin opowieści.

 

Rozglądał się niepewnie, czując na sobie ironiczne spojrzenia tłumu. Gdy nieporadnie wdrapywał się na drzewo, wiedział, że będą z niego kpili. Zrekompensują sobie choć trochę swoim szyderstwem krzywdy, które im wyrządził. Mimo to nie mógł się oprzeć ciekawości. Słyszał wiele o Jezusie. Wiedział, że ma tamtędy przechodzić. Tym razem postanowił za wszelką cenę zobaczyć Go na własne oczy. „Zacheuszu, zejdź! Pospiesz się, bo dziś muszę zatrzymać się w twoim domu.” – zaskoczony usłyszał nagle swoje imię. Zacheusz, Zakkai – czysty… Spojrzał w dół, napotykając uważny wzrok Jezusa.

 

Znał nie tylko jego imię. Znał także prawdę o jego życiu. Całą tę – głęboką jak depresja, w której leżało Jerycho – tajemnicę jego złodziejstw, zdrad, krzywd wyrządzonych ludziom. Był chyba jedynym w mieście człowiekiem, który nim nie pogardzał. Nie okazał w żaden sposób swej dezaprobaty. Nie wspomniał nawet słowem o jego nieprawościach. Nie wzywał do poprawy. Po prostu chciał przyjść do niego w gości. Chciał go odwiedzić. Jak przyjaciela…

 

Tam właśnie, między gałęziami sykomory, Boża miłość odnalazła celnika Zacheusza. Jego dom wypełnił się tego wieczoru radością, której nie były w stanie zmącić nawet pełne pretensji komentarze wszystkich „porządnych”, zgorszonych wizytą Jezusa. Dla celnika z Jerycha nie miało to jednak żadnego znaczenia. Wreszcie, po latach, ktoś przywrócił mu utraconą godność, obdarzył szacunkiem, okazał zaufanie. Wiedział już jak chce odpowiedzieć.

 

„Panie, oto połowę tego, co mam, daję biednym. A jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie.” Niezwykła hojność. Jednak to on czuł się najbardziej obdarowany. To, co niespodziewanie otrzymał, miało na zawsze odmienić jego życie. Celnik Zacheusz – pogubiony i zagubiony Syn Abrahama – został odnaleziony i zbawiony przez Boga.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

„Powiedział to do tych, którzy byli przekonani, że są sprawiedliwi…”
Z pewnością spotkał się z zarzutami. Dziś zapewne też by je usłyszał. Co mógłby usłyszeć Jezus? Że prowokuje, wymyślając takie przykłady. Bo jakoś tak dziwnie się składa, że w opowiadanych przez Niego historiach negatywnymi bohaterami są zazwyczaj ludzie religijni i pobożni, w pozytywnym zaś świetle ukazani są najczęściej ci, od których porządny człowiek winien się trzymać z daleka. A to Samarytanin-odszczepieniec, który (oczywiście w przeciwieństwie do gorliwego lewity i zapracowanego kapłana) pomaga napadniętemu wędrowcowi. A to poganka spod Sydonu, czy wódz wrogiej syryjskiej armii, przeciwstawieni – jako prawdziwie wierzący – synagogalnej wspólnocie Jego rodzinnego miasta. Rzymski setnik – dowódca żołnierzy okupujących zniewoloną ojczyznę, który ma ponoć wiarę, jakiej próżno by szukać w całym narodzie wybranym. To znowuż celnicy (złodzieje i kolaboranci) oraz prostytutki, którzy – zgodnie z Jego słowami – mają być pierwsi w Królestwie Boga, wyprzedzając przyzwoitych ludzi. Religijnych dostojników nazywa hipokrytami, spiera się z kapłanami, występuje przeciw czcigodnej, świętej tradycji. W obronę zaś bierze zdrajców i rozpustników. Tak właśnie robi teraz w tej wymyślonej przez siebie opowieści, dyskredytując modlitwę pobożnego, zachowującego religijne nakazy człowieka, bo więcej dla Niego znaczy chwilowe (i przecież nie wiadomo czy szczere) ukorzenie się kolaboranta i złodzieja. Cóż za stronniczość i uprzedzenie! Czy można dłużej to tolerować?”

„Powiedział to do tych, którzy byli przekonani, że są sprawiedliwi, a innych mieli za nic…” Dziś mówi to do nas. Może się nam to nie podobać, bez trudu przecież znaleźlibyśmy Mu lepszych adresatów tych nauk. Możemy udać, że nie słyszymy. Albo wymyślać pokrętne interpretacje Jego słów. Ale On mówi to do nas. I o naszej mówi pobożności. Zwłaszcza, gdy zamiast rąk wyciągniętych w geście pojednania do sióstr i braci towarzyszy jej nasza zaciśnięta pięść.

„Faryzeusz, skupiony na sobie, tak się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: drapieżni, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak ten celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daje dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.” Tak wygląda modlitwa człowieka, który jest skupiony na sobie (tekst grecki mówi dosłownie: „stanął do siebie”). To nie on adoruje Boga. To Bóg jest zobowiązany, by być w kręgu jego adoratorów. Można modlić się „do siebie”. Adorować siebie. Istnieje pewien rodzaj religijnego narcyzmu blisko sąsiadujący z bałwochwalstwem… Można modlić się, tropiąc zło w nielubianych ludziach. Wtedy modlitwa ubliża Bogu. Można w modlitwie wynosić się z pychą ponad innych. Taka modlitwa jest hipokryzją. Nasza modlitwa mówi bardzo wiele o nas samych. Mówi o naszym postrzeganiu świata. Faryzeusz z Jezusowej przypowieści widzi w ludziach wyłącznie zło. I wydaje się, że ostatecznie również źle im życzy… Dlaczego nie dziękuje Bogu, że może modlić się razem z celnikiem, który znalazł się obok niego w świątyni? Czemu nie cieszy się, patrząc z nadzieją na grzesznego brata, który być może chce odtąd zmienić swoje życie? Jest jakaś mroczna tajemnica zła w sercu pobożnego pyszałka…

„Boże daj się przebłagać mnie grzesznemu!” Pokorne wołanie skruszonego grzesznika otwiera perspektywę nadziei. Ten, który nie próbuje się usprawiedliwiać, odejdzie usprawiedliwiony. Zbawiony. Bóg bowiem nigdy nie męczy się okazywaniem miłosierdzia. Nie pojmie jednak tego nigdy niemiłosierny.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Trąd

„Człowiek dotknięty trądem będzie nosił podarte ubranie, włosy będzie miał w nieładzie, zasłoni sobie brodę i będzie wołał: Nieczysty! Nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał sam, poza obozem.” Tak sytuację chorego na trąd człowieka opisuje Księga Kapłańska. Jest głęboki sens w tych rytualnych nakazach, dramatycznie brzmiących dla każdego chorego. Trędowaty, będący zagrożeniem, musi być izolowany od wspólnoty. Nie może zbliżać się do osób zdrowych, ostrzegając z daleka tych, których dostrzeże. Budzący grozę nieuleczalny trąd miał jednak nie tylko konsekwencje społeczne. Chory, wyłączony ze wspólnoty jako rytualnie nieczysty, nie mógł uczestniczyć w kulcie. Choroba pozbawiała go więc również relacji z Bogiem.

Dziesięciu

To jedyne towarzystwo na które mógł liczyć trędowaty – inni, podobnie jak on chorzy. Paradoksalnie, nieszczęście sprawiło, że między nimi narodziła się współpraca; doświadczyli jedności ponad podziałami. Wśród tych dziesięciu, koczujących gdzieś na pograniczu Samarii i Galilei, był Samarytanin. Sam pośród Żydów. W innej sytuacji obustronna nienawiść i wielowiekowe uprzedzenia nie pozwoliłyby na taką więź. Wobec wspólnego cierpienia stworzone przez ludzi absurdalne podziały przestały istnieć.

Zmiłuj się!

Znali Jego imię. Musieli usłyszeć o Nim, mimo strasznej, oddzielającej ich od ludzi izolacji. Teraz był ich jedyną nadzieją. „Stanęli w oddali i wołali: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami!” Nie wiemy jak wyobrażali sobie Jego cudowną interwencję. Musiały jednak zaskoczyć ich Jego słowa. „Idźcie, pokażcie się kapłanom!” – usłyszeli. Mieli więc zachować się jak uzdrowieni, otrzymujący od kapłanów – zgodnie z przepisami Prawa – potwierdzenie swego powrotu do zdrowia. Otwarte rany na ich ciałach nie pozostawiały jednak wątpliwości… Nic nie uległo zmianie. A jednak – posłuszni poleceniu – wyruszyli w drogę. „Gdy szli, zostali oczyszczeni” – zapisał ewangelista.

Uzdrowienie

Do Jezusa powrócił tylko jeden z dziesięciu uzdrowionych. Głośno chwaląc Boga „upadł na twarz do Jego stóp i dziękował Mu”. W oczach Jezusa ten gest był czymś więcej niż zwykłą wdzięcznością. Był „oddaniem chwały Bogu”. Był wyznaniem wiary. Jedynie Samarytanin – obcy, wróg, nieczysty i znienawidzony – okazał się być prawdziwie wierzącym. Zrozumiał, że tak upragnione fizyczne oczyszczenie było zaledwie początkiem. „Wstań, idź. Twoja wiara cię uzdrowiła.” Prawdziwe uzdrowienie, wewnętrzne, przemieniające, dokonało się dopiero teraz.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Prośba

„I powiedzieli apostołowie do Pana: Dodaj nam wiary.” Co skłoniło ich do tej niespodziewanej prośby? Byli przecież religijnymi Żydami, zachowującymi religijne tradycje swego narodu. Czy bali się rodzących się w nich wątpliwości? Warto zauważyć, że chwilę wcześniej ewangelia przytacza nam słowa Jezusa przestrzegającego przed zgorszeniami, jakie dotknąć mogą ludzi ufnych i prostych, spotykających się ze złem i grzechem ze strony Jego uczniów. „Lepiej dla takiego, gdy kamień młyński przywiążą mu wokół szyi i rzucą w morze, niż gdyby był przyczyną upadku jednego z tych małych” – powiedział Pan Jezus o potencjalnym gorszycielu. Radykalizm tych słów, uświadamiający ogrom odpowiedzialności za małych i niewinnych musiał zatrwożyć apostołów.

Wiara

„Dodaj nam wiary!”. O co właściwie prosili? Z pewnością nie chodziło uczniom o przekonania religijne. Ani o wiedzę na temat Boga. Wobec słów Jezusa musieli doświadczyć w sobie kryzysu zaufania. Poczuli – nie po raz pierwszy zapewne – swoją bezradność wobec przedstawianej przez ich Mistrza logiki życia i postępowania. To co niejednokrotnie od Niego słyszeli o miłości, ogarniającej nawet wrogów, o bezwarunkowym przebaczeniu winowajcom, nieszukaniu pierwszych miejsc, pokorze, powierzeniu się z ufnością Bogu, było wymogiem, któremu o własnych siłach nie byli w stanie sprostać. Czy ich dylematy nie są i nam bliskie, gdy stajemy wobec pytań dotyczących konsekwencji chrześcijaństwa i wiary w naszym życiu?

Ziarno gorczycy

„Gdybyście mieli wiarę jak ziarno gorczycy…” Jest dużo mniejsze od ziarnka maku. Pojedyńcze wydaje się prawie niedostrzegalnym pyłkiem. Już taka wiara jednak – w myśl analogii Jezusa – wystarcza. I może czynić cuda… Jest jakaś zaskakująca logika w tym porównaniu. Okazuje się, że aby pójść drogą Jezusa nie trzeba być duchowym herosem, ascetą o żelaznej woli, mistykiem doświadczającym wewnętrznych uniesień. Wystarczy mieć wiarę choćby taką  jak ziarnko gorczycy, aby doświadczyć mocy Boga. Wiara bowiem jest łaską. I nie od nas pochodzi jej dynamika. „Łaską jesteście zbawieni z powodu wiary; i nie od was to pochodzi, ale z Boga jest ten dar” – pisze apostoł Paweł do Efezjan. Wiara jest jednak również naszą odpowiedzią zaufania, naszym wyborem. Jest przylgnięciem do Boga, do prawdy, jaką niesie Jego pełne mocy Słowo. „Owocem wiary jest miłość, owocem miłości jest służba” – mawiała Matka Teresa z Kalkuty. Służba pokornych sług „nieużytecznych”, pochylających się nad niewinnymi, najuboższymi i odrzuconymi tego świata. Czy nie to właśnie jest najlepszym sprawdzianem „jakości” naszej wiary?

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved