Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Szafarz

„Oikonomos”. Tego greckiego słowa używa ewangelista relacjonując przypowieść Jezusa o nieuczciwym rządcy. „Oikos” – to greckie pojęcie oznaczające dom. „Oikonomos” to człowiek, którego trosce powierzono dom (i majątek), będący czyjąś własnością. Zadaniem szafarza jest opieka nad powierzonymi mu dobrami. Opieka zgodna z zamysłem i wolą właściciela. Słuchając słów przypowieści Pana Jezusa nie sposób jednak nie myśleć także o jej symbolicznym sensie. Czyż nie jest to przejmujący obraz relacji między Bogiem, a tymi, którym On z zaufaniem powierzył swoje „dobra”. To nie przypadek, że w Kościele „szafarzami” nazywani są – przede wszystkim – biskupi i prezbiterzy. Oni otrzymali w dzierżawę „majątek” Boga. Najcenniejszym zaś skarbem Boga są ludzie. To oni – zwłaszcza najbiedniejsi, mali, bezbronni, odrzuceni – mają być otoczeni szczególną miłością szafarzy.

Pochwała

„I pochwalił pan nieuczciwego rządcę, że rozsądnie postąpił.” Zaskakująca jest opinia bogacza wyrażona w puencie Jezusowej przypowieści. Przecież właśnie został po raz kolejny okradziony przez swego ekonoma, którego wcześniej – za nieuczciwość właśnie – zwolnił z pracy. Teraz zaś, gdy ów złodziej popełnił kolejne przewinienie, otrzymuje pochwałę od swego pracodawcy? A jednak. Być może znający dobre sposoby na pomnażanie majątku bogaty właściciel docenił „zaradność” swego podwładnego? Może zaimponowała mu inwencja szafarza, która – choć opłacona z kiesy pana – zapewniała mu bezpieczną przyszłość? Pan Jezus, komentując opowiedzianą historię, mówi o rozsądku, jaki cechuje relacje między „synami tego czasu (wieku)”. Rzeczywiście, zapobiegliwi ludzie – zarówno ówczesnego, jak i obecnego czasu – bywają niedoścignieni w pomysłowości i inicjatywach. Ich wszystkie działania mają najczęściej jeden wspólny cel: maksymalnie zabezpieczyć swoje życie. To właśnie ta – spędzająca sen z oczu – troska o przyszłość jest inspiracją do niekończącej się aktywności.

Mamona

To aramejskie słowo, użyte w ewangelii w greckiej transliteracji, oznacza oparcie, ostoję, zabezpieczenie. Nie bez powodu mamona utożsamiana jest z pieniędzmi. To przecież właśnie w posiadaniu pieniędzy widzi się najczęściej najlepsze zabezpieczenie życia i przyszłości. Ich brak z kolei owocuje frustracją, poczuciem bezradności i lęku. Pan Jezus mówi o „niesprawiedliwej mamonie”. Wbrew pozorom nie chodzi tu o majątek uzyskany w nieuczciwy sposób. Nie oznacza to również potępienia przez Jezusa bogactwa. Nigdy tego nie uczynił, choć nie raz przestrzegał przed niebezpieczeństwem, jakie rodzi posiadanie dóbr materialnych. Mamona jest bowiem niegodziwa, gdy przestaje być środkiem, a staje się celem. Gdy przestaje służyć człowiekowi, umożliwiając mu godziwe życie, czynienie dobra, dzielenie się, budowanie relacji, a staje się bożkiem Mamonem, któremu zaczyna służyć człowiek zniewolony swoim pożądaniem.

Dzierżawa

Mamona to symbol dóbr materialnych, które posiadamy. Nasza własność nigdy nie jest jednak bezwzględna, absolutna. To co mamy, mamy niejako w dzierżawie, w zarządzie. Jest to – jak mówi Pan Jezus – „cudze dobro”, w dystrybucji którego powinniśmy być wierni. Prędzej, czy później, przyjdzie nam je bowiem pozostawić. I przyjdzie nam rozliczyć się z wierności w jego używaniu. „Nasze prawdziwe dobro” jest jeszcze wciąż przed nami.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Nadzieja

„A zbliżali się do Jezusa wszyscy poborcy i grzesznicy, by Go słuchać.” Byli Nim zafascynowani. Przychodzili z ciekawością, czekając na Jego słowo. Słuchali, szukając odpowiedzi na swe pytania. Przynosili ze sobą cały bagaż swoich grzechów, życiowych komplikacji i dramatów. Nigdy ich nie odtrącał. Nie potępiał. Nie gardził nimi. Nie obdarzał niewybrednymi epitetami. Nie patrzył jak na gorszych, nieczystych. Kładł się z nimi przy stole, jadł i pił we wspólnocie, jakby byli najzacniejszymi gośćmi, pobożnymi i sprawiedliwymi. Mówił, że Bóg ich kocha. Że szuka ich i cieszy się, gdy może ich odnaleźć. Nigdy jeszcze nie słyszeli takich słów. I nigdy nie czuli takiej nadziei.

Oburzenie

„I szemrali faryzeusze i uczeni w piśmie mówiąc: Ten przyjmuje grzeszników i je razem z nimi!” Byli oburzeni. Nie wyobrażali sobie, jak można bratać się z takim motłochem. Przecież to zdrajcy, kolaboranci, złodzieje, wysługujący się rzymskiemu okupantowi. Ludzie z marginesu, nie zachowujący przykazań, nieczyści, opętani pogańską ideologią. Prostytutki i rozpustnicy, gorszyciele, na których czeka kara Boża. Gdyby choć jeszcze wyrażali skruchę, prosili o wybaczenie, gdyby ukorzyli się publicznie, przyjmując przewidziane świętym prawem kary… Ale tak? Jak mogą z taką bezczelnością kłaść się z rabbim Jehoszuą przy jednym stole? I dlaczego On na to nie reaguje, skoro – jak o Nim mówią – jest sprawiedliwy?

Miłosierdzie

„A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.” To zdanie z przypowieści Jezusa jest momentem kulminacyjnym całego opowiadania. W tej scenie spotykamy Boga. Pocałunek wybiegającego na drogę ojca, pragnącego objąć powracającego (bynajmniej nie z miłości i skruchy) syna-bankruta, ponoszącego słuszne konsekwencje swej głupoty i pychy, jest kwintesencją miłosierdzia. To ono właśnie zgorszy oburzonego „niesprawiedliwym” postępowaniem ojca starszego brata z przypowieści. Miłosierdzie jest bowiem zawsze „niesprawiedliwe”. Tak jak Bóg jest (na szczęście!) „niesprawiedliwy”. Gdyby był – jak to czasem jeszcze powtarzamy w wyuczonych formułkach – „sędzią sprawiedliwym”, to z naszymi grzechami i niewiernością wobec Niego bylibyśmy w straszliwej sytuacji… Na szczęście On nie jest sprawiedliwy według naszej, ludzkiej, opisanej paragrafami prawa sprawiedliwości. Jest miłosierny. A miłosierdzie to zawsze coś, co się nie należy, coś niezasłużonego, dla wielu gorszącego, wręcz skandalicznego. W logice Boga „miłosierdzie góruje nad sądem”. Czy zrozumieją to poprawni „starsi bracia” wciąż gorszący się Bogiem, „który nigdy nie męczy się przebaczaniem”?

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Nienawiść

Czy rzeczywiście mógł tak powiedzieć? „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie i nie nienawidzi swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr oraz swego życia, nie może być moim uczniem.” Szokujące słowa. Dokładnie jednak w takim brzmieniu znajdują się w ewangelii. „Miseo” – użyty tu grecki czasownik oznacza: nienawidzić, nie cierpieć czegoś, czuć wstręt, czuć odrazę do czegoś, gardzić czymś. Czy Jezus może wzywać do nienawiści? Więcej, stawiać ją jako warunek bycia Jego uczniem? Jak rozumieć to przesłanie?

Tłumy

Pan Jezus wypowiada te słowa do „licznych tłumów”, które idą za Nim. Zapewne nie przysporzy mu to zwolenników. Ewangeliczne opisy wspominają, że słuchający Jezusa ludzie nie raz odchodzili zgorszeni tym, co usłyszeli. „Czy i wy chcecie odejść?” – zapytał kiedyś swoich uczniów, widząc, że zostali sami. Ale w odróżnieniu od społecznych, czy politycznych liderów, Jezusowi nie zależy na gromadzeniu wielkich rzesz swoich zwolenników. Chce natomiast, by ci, którzy za Nim idą, zrozumieli sens Jego drogi. „Kto nie niesie krzyża swego, a idzie za mną, nie może być moim uczniem” – wyjaśnia. I dodaje: „Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Co
znaczy w tym kontekście „wyrzec się”? Czy należy się wszystkiego pozbyć? Czy też chodzi o wyzwolenie z pewnej wizji życia, posiadania dóbr, kształtowania relacji z ludźmi? Czy taka właśnie ma być w praktyce realizacja owej „nienawiści”, o której mówił Pan?

Radykalizm

Słowa Jezusa należy tłumaczyć w całym kontekście jego nauczania. W świetle tego, co mówi o miłości, przebaczeniu, pojednaniu, okazywaniu miłosierdzia. Jeśli więc używa tak mocnych i radykalnych sformułowań (w charakterystycznym semickim stylu mówienia nieraz czyni się tak dla podkreślenia wagi poruszanego tematu) to dlatego, że zwraca uwagę na warunki, bez których trudno mówić o stawaniu się Jego uczniem. Chodzi o sprawy najistotniejsze. O priorytety w miłości. Dobrze to widać w słowach Jezusa zapisanych – w takim samym kontekście – w ewangelii Mateusza: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna  lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.” Słysząc to odczuwamy wewnętrzny sprzeciw. Jezus jawi się w naszych oczach jako uzurpator, chcący  zabrać nam miłość do naszych najbliższych (a nawet każący nam ich nienawidzić!). Nic bardziej mylnego. On właśnie uświadamia nam jak powinniśmy ich kochać.

Ponad wszystko

To nie przypadek, że w odmawianej codziennie przez Żydów modlitwie „Sz’ma Izrael” („Słuchaj Izraelu”) pojawia się fraza: „Będziesz miłował Pana, twojego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą, ze wszystkich swoich sił”. To ratunek dla ludzkiej miłości. Dopiero bowiem, gdy ukochamy Boga ponad wszystkich i wszystko, będziemy mogli we właściwy sposób, czułą i troskliwą, niezafałszowaną egoizmem miłością, kochać naszych bliskich. Słowa Pana Jezusa mają oczyszczać naszą miłość, przemieniać ją w ofiarną i bezinteresowną, a nie ją przekreślać. Uświadamiają, że musimy odrzucić („znienawidzić”) to wszystko, co przeszkadza nam tak właśnie kochać Boga, nawet jeśli dotyczy to naszych relacji z bliskimi, naszych koncepcji życia i planów na przyszłość. Choć brzmi to paradoksalnie, „nienawiść”, o której mówi Jezus, umożliwia nam dopiero prawdziwe miłowanie Boga i bliźnich. „Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu” – mówił św. Augustyn z Hippony. W miłości przede wszystkim.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Szabat

Szabatowa kolacja nie jest zwykłym posiłkiem. Nie jest też jakąś wystawną ucztą. Jest świąteczną kolacją, spożywaną w piątkowy wieczór (patrząc z perspektywy naszego kalendarza), gdy po zapadnięciu zmroku zapalone przez kobiety szabatowe świece zwiastują początek świętego sobotniego dnia. To czas odpoczynku i wytchnienia. Dzień pamięci o Stwórcy, który – odpoczywając w szabat po dziele stworzenia – dał człowiekowi nakaz świętowania. To właśnie na sobotnią kolację zaproszony został przez jednego z faryzejskich dostojników zmierzający do Jerozolimy Jezus. Ewangelia mówi (zapewne o innych faryzeuszach): „uważnie Go obserwowali”. Nie bez powodu. Wiele słów Jezusa i znaków, które czynił, budziło nie tylko zainteresowanie tłumów, ale i konsternację duchowych przywódców. Jezus zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Zaskakująca jest prostota i bezpośredniość, z jaką zwracał się do swych rozmówców, komentując dziejące się wokół wydarzenia. Tak było i tym razem, gdy uzdrowił znajdującego się przed nim chorego człowieka, nie zwracając uwagi na szabatowy zakaz pracy. Więcej, upomniał się o troskę, jaką – mimo trwającego szabatu – powinno się okazywać znajdującym się w potrzebie ludziom i zwierzętom. Nie potrafili skomentować słów Jezusa.

Stół

Położył się z nimi przy stole. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, tak właśnie musiał wyglądać Jezusowy posiłek. Tak też – jeśli dosłownie tłumaczymy z języka greckiego – mówią o spożywaniu posiłków ewangelie. Przy stole (niskim, wznoszącym się nieco ponad podłogą) leżano, prostopadle do niego, opierając się na lewym boku, prawą ręką sięgając po potrawy. Pamiętając o tych postawach nie zdziwimy się, słysząc w ewangelicznym opisie, jak – w czasie trwającego posiłku – grzeszna kobieta „stanąwszy z tyłu przy stopach Jezusa”, zraszała łzami Jego stopy, wycierała je swymi włosami, całowała i namaszczała pachnidłem. Bez trudu wyobrazimy sobie również apostoła Jana, „spoczywającego na piersi Jezusa” w czasie Ostatniej Wieczerzy. Posiłek spożywany w tej konwencji jeszcze bardziej podkreślał wspólnotowość, szczególną więź, łączącą leżących przy stole biesiadników.

Goście

„Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani bogatych sąsiadów, licząc, że w zamian i oni cię zaproszą… Zaproś ubogich, ułomnych, niepełnosprawnych, niewidomych. Będziesz szczęśliwy, bo nie mają czym tobie się odwdzięczyć.” To złamanie powszechnie przyjętej konwencji. Nie z każdym przecież miło jest spotkać się (położyć się) przy stole, przeżywać wspólnotę. A jednak w logice Jezusa najbardziej uprzywilejowanymi gośćmi są ci, którzy w oczach świata nie mają żadnego znaczenia. Nic nie mogą zaoferować. Przeciwnie, ich obecność powoduje dyskomfort. Postrzegani są jako zagrożenie, nieraz są obcymi, przed którymi pragmatyczny gospodarz szybko zamyka drzwi. W końcu bezpieczeństwo i rozsądek są najważniejsze…

Miejsce

Najgodniejsze było pośrodku biesiadników. Tu spoczywał najznamienitszy gość. Po jego prawej i lewej stronie, otaczając nieraz półokręgiem stół, kładli się inni, od zacniejszych poczynając. To właśnie na zajmowanie tych godniejszych (pierwszych) miejsc przed posiłkiem zwrócił uwagę Pan Jezus, zachęcając do kładzenia się na ostatnich, skrajnych. Bo „każdy wywyższający siebie, uniżony zostanie…”- przypominał. A mówił to Ten, który właśnie zamierzał zająć najostatniejsze i najbardziej pogardzane miejsce na świecie. Czekało na Niego na krzyżu.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Droga

„Jezus przechodził przez miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy”. Wie dokąd zmierza. U kresu tej drogi czeka Go krzyż i śmierć. Odda swe życie, by zbawić świat. Zmierzając do Jerozolimy wskazuje drogę tym, którzy chcą iść za Nim (warto zauważyć, że „droga” – to najstarsze, sięgające czasów apostolskich określenie chrześcijaństwa). Ci jednak, którzy pójdą za Nim, będą musieli zaakceptować stawiane przez Pana warunki, podporządkować się Jego kryteriom życia. I tu może pojawić się problem. „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” – w pytaniu ucznia czuć wyraźny lęk. Czy zdołam spełnić te – niełatwe przecież – warunki, czy uda mi się zasłużyć na zbawienie?

Wąskie drzwi

Dlaczego tak często postrzegamy chrześcijaństwo jako zbiór wymagających, wyszukanych zakazów i nakazów, koniecznych do osiągnięcia zbawienia? Czy nie w taki sposób interpretujemy owe „wąskie drzwi”, o których mówi Pan Jezus? Nakazy moralne, zobowiązania etyczne, prawa religijne wysunięte niczym dogmat na pierwszy plan zniekształcają sens Dobrej Nowiny.  Ewangelia nie mówi przede wszystkim o warunkach, jakie trzeba w swej doskonałości spełnić, by osiągnąć zbawienie. Chrześcijaństwo byłoby wtedy wysublimowaną, elitarną propozycją dla duchowych herosów. Ewangelia zaś jest fascynującym słowem Bożej obietnicy, która spełnia się w człowieku, jeśli przyjmie ją z wiarą. Ma ona moc przemienić nas wewnętrznie. Dopiero wtedy zdolni będziemy pójść za Chrystusem.

Starajcie się wejść

„Walczcie, by wejść przez wąskie drzwi” – mówi Jezus i przestrzega: „wielu będzie chciało wejść i nie będą mogli”.

By lepiej zrozumieć sens słów Pana Jezusa spróbujmy wyobrazić sobie ewakuację pasażerów samolotu, który – płonąc po awarii silników – zdołał wylądować, unikając katastrofy. W natychmiastowej ewakuacji, mogącej uratować życie ofiar, największą przeszkodą jest – jak się okazuje – chęć zabrania z półek bagażu podręcznego. Czas tracony na próby ratowania walizek przynosi śmierć ich właścicielom, uniemożliwiając też ratunek pozostałym.

Ci, którzy pragną ocalenia (zbawienia) muszą pamiętać, że przez wąskie drzwi Królestwa Bożego nie da się w żaden sposób przejść z bagażem, którym objuczamy się w tym życiu, dając sobie złudne poczucie bezpieczeństwa. „Wielu będzie chciało wejść, a nie będą mogli”. Trzeba porzucić to, co jest zbędnym obciążeniem. Co więc powinienem porzucić?

Nie znam was

Pan Jezus przypomina również, że przeszkodą w wejściu do Jego Królestwa jest fałszywe przekonanie o własnej prawości i pobożności. Przekonanie, że wystarczy być „w okolicy” Jezusa, by uważać się za Jego przyjaciela i być pewnym zbawienia. „Przecież jedliśmy i piliśmy z Tobą i nauczałeś na naszych ulicach” – wołają przekonani, że zawsze byli po Jego stronie. „Nie znam was, nie wiem skąd jesteście… Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się bezprawia…” Bezprawiem, niesprawiedliwością w oczach Boga jest brak miłości. Bo prawem Boga jest miłość. Pełne religijnych frazesów deklaracje nie przesłonią braku miłości w słowach i czynach. Nienawiści wobec przeciwników, braku przebaczenia wobec winowajców, raniących słów i obelg, obojętności na los najuboższych i marginalizowanych. Bóg staje zawsze po stronie ofiar bezprawia. I wtedy i dziś.   Także (a może szczególnie) wtedy, gdy dopuszczają się go ludzie religijni, nieraz – niestety – z Jego imieniem na ustach. Nie zdołają wejść przez ciasne drzwi. Nie zostaną rozpoznani przez Pana.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved