Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Na początku biblijnej Księgi Rodzaju, wśród potomków bratobójcy Kaina, wymieniony jest człowiek o imieniu Lamek. Jego mentalność dobrze ilustruje moralny stan owładniętego złem przedpotopowego świata, zamieszkałego przez upadłych moralnie ludzi. Credo Lameka to niczym nieskrępowana zemsta. Potomek Kaina obwieszcza: „Zabiję mężczyznę, jeśli mnie zrani i dziecko, jeśli zrobi mi siniec”. I grozi: „Jeśli Kain ma być pomszczony siedmiokrotnie, to Lamek siedemdziesiąt siedem razy!”.

„Panie, ile razy mam przebaczyć bratu, jeśli wobec mnie zawini? Czy aż siedem razy?” – zapytał Piotr Jezusa. „Nie mówię ci, że siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” – usłyszał od Mistrza. To nie tylko nawiązanie do straszliwej logiki, jaką prezentował starotestamentowy Lamek. To wezwanie, by przebaczać zawsze. Słowa Jezusa nie są jedynie dobra radą. Ukazują one logikę, według której żyje Rabbi z Nazaretu. Logikę miłości miłosiernej. Miłości przebaczającej nieskończenie wiele.

Opowiedziana przez Jezusa przypowieść o królu, rozliczającym się ze swymi dłużnikami, doskonale ilustruje tę prawdę. Kwota, którą ma zwrócić władcy dłużny mu sługa, jest trudna do wyobrażenia. Dłużnik jest winien swemu panu dziesięć tysięcy talentów. Uwzględniając nawet margines błędu przy przeliczaniu tej starożytnej jednostki masy i pieniądza zarazem, otrzymamy zawrotną wielkość ok. 340 ton szlachetnego kruszcu! Złota lub srebra. 340 ton złota (dziś – wartość ponad 85 miliardów złotych) to dług nie do wyobrażenia, a cóż dopiero do spłacenia, dla przeciętnego człowieka. Jezus celowo (jak często zwykł był czynić w swych przypowieściach) wprowadza element zaskakujący słuchaczy. Pokazuje absolutną bezradność dłużnika wobec pana. A zarazem niesłychaną hojność władcy. Odpowiadając na błaganie, „pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował” – słyszymy w przypowieści. Tak przebacza Bóg. Jego miłosierdzie wobec grzesznika-dłużnika jest nieskończone. Ale przyjąć je może ostatecznie tylko ten, kto sam gotów jest je okazywać. Sługa z przypowieści, bezlitosny wobec swojego dłużnika (winnego mu zaledwie równowartość stu dniówek pracy), czyni sam siebie niezdolnym do przyjęcia ofiarowanego mu przez pana hojnego daru. Nie może bowiem przyjąć Bożego miłosierdzia ten, który – jak podkreśla Jezus – nie chce „przebaczyć szczerze swemu bratu”. Tę samą przestrogę formułuje Pan Jezus jako komentarz do przekazanej swoim uczniom modlitwy, nazywanej przez nas Modlitwą Pańską. To w niej przecież padają słowa, które w dosłownym tłumaczeniu brzmią: „i daruj nam nasze długi, jak i my darowaliśmy naszym dłużnikom”…

On „darował nam nasze długi”. Objawił to na krzyżu.  Jako konający Skazaniec, biorący na siebie grzech świata – nasze „długi” – wołał do Boga: „Ojcze, odpuść im, nie wiedzą bowiem, co czynią”. Co roku w Noc Zmartwychwstania, w czasie uroczystej liturgii, obwieszczane jest nam w radosnym orędziu paschalnym to wydarzenie: „Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, abyśmy z całego serca i z całej duszy śpiewem wysławiali niewidzialnego Boga, Ojca Wszechmogącego, oraz Jednorodzonego Syna Jego, Jezusa Chrystusa, naszego Pana, który Ojcu Przedwiecznemu spłacił za nas dług Adama i krwią serdeczną zmazał dłużny zapis starodawnej winy”.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Osiemnasty rozdział Ewangelii według Mateusza, którego fragment słyszymy w niedzielnej liturgii Słowa, nazywany jest często „mową kościelną” Jezusa. Ewangelista zebrał tu wiele wypowiedzi Pana Jezusa dotyczących relacji we wspólnocie uczniów. W pewnym sensie, zapisane tu słowa są odpowiedzią na nurtujące dziś wielu pytanie: Jakiego Kościoła chciałby Zbawiciel w naszych czasach? W jaki sposób radziłby naprawiać to, co w Kościele jest dziś grzechem, złem i zgorszeniem? Tutaj znajdziemy przynajmniej część odpowiedzi na te pytania.

Zanim jednak Pan Jezus wypowie słowa o braterskim upomnieniu, które przynosi nam niedzielna Ewangelia, radykalnie przestrzega przed grzechami, będącymi problemem wspólnoty. Te fragmenty, choć pominięte w niedzielnej liturgii, są niezwykle istotne. One właśnie warunkują konieczność nakazanego przez Jezusa upominania.

Spór o pierwszeństwo.

Można powiedzieć: nic nowego. Pokusa wywyższania się, udowadniania w przeróżny sposób swojej godności i pozycji we wspólnocie, towarzyszy człowiekowi od zawsze. Nie tak jednak ma być w Kościele Jezusa. W kontekście sporów o pierwszeństwo, jakie nie raz miały miejsce wśród uczniów Jezusa, prowokujące jest ukazanie im dziecka jako wzoru pokory i prostoty, niezbędnej dla tych, którzy chcą wejść do Bożego królestwa. Stać się małym jak dziecko, to być największym w królestwie Jezusa… Dość szokująca perspektywa w kontekście wartości, które wyznaje nasz świat.

Skandal zgorszenia.

Jezus mówi o grzechach, porównując niektóre z nich do śmierci (czy nie tu należy szukać genezy pojęcia „grzech śmiertelny”?). Kamień młyński na szyi i wrzucenie w głębinę morza stają się alternatywą lepszą, niż doprowadzenie do upadku „jednego z tych małych” (znów powracająca postać dziecka?), którzy powierzeni są trosce uczniów. Chrystusowe „biada takiemu człowiekowi!” dotyczy tych, którzy stają się zgorszeniem. Ewangelia używa tu greckiego słowa „skandalon”, oznaczającego kamień, z powodu którego ktoś upada.

Pogarda

„Pamiętajcie, żeby nie gardzić żadnym z tych małych”. Kolejny raz Jezus odwołuje się do postawy najmniejszych i pogardzanych. Ich sytuacja jest wyzwaniem dla uczniów (dla Kościoła). Są niewygodni. Rodzą problemy. Zakłócają „błogostan” wspólnoty. Ale to właśnie oni – przypomina Pan Jezus – są tak ważni w oczach Boga. Obrazem Jego troski jest postawa pasterza, pozostawiającego na jakiś czas stado owiec, by wyruszyć na poszukiwanie jednej, zabłąkanej. Taką misję – „wychodzenia na peryferie” – powierza też Jezus swojemu Kościołowi w dzisiejszym świecie.

Upomnienie

W takim właśnie kontekście pada z ust Jezusa nakaz braterskiego upominania. Oznacza ono konieczność reagowania wspólnoty na zło, które się w niej pojawia. Upomnienie – najpierw osobiste, potem w towarzystwie świadków, wreszcie publiczne („powiedz o tym Kościołowi”) – jest wyrazem troski o błądzącego. Ale też stanięciem z miłością w obronie doznającego krzywdy. Grzech brata (a zwłaszcza grzech, wyrządzający krzywdę najmniejszym) jest grzechem przeciw całej wspólnocie. „Jeśli brat twój zgrzeszy przeciw tobie…” – mówi Jezus. Nie musi to oznaczać osobiście doznanej krzywdy. Jest to jednak wezwanie, aby reagować na wyrządzane komuś zło tak, jakby dotyczyło ono nas samych. Bez wygodnego uciekania od odpowiedzialności za popełniającego zło i gorszącego innych brata. Podjęte w tym duchu działania (albo ich brak) mają – zgodnie ze słowami Pana Jezusa – swoje konsekwencje nie tylko dziś, ale i wieczności. Jako Jego Kościół nie możemy zapomnieć o odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Czuli jeszcze podniosły nastrój chwili. Szymon, jeden z nich, wyznał właśnie objawioną mu Bożą prawdę: Jezus z Nazaretu, ich Mistrz, jest Mesjaszem, Synem Boga żyjącego. Byli poruszeni. Na ich oczach spełniają się odwieczne mesjańskie obietnice! Ich Nauczyciel będzie potężnym wodzem, królem-wyzwolicielem, który przywróci świetność królestwa Izraela. A oni są Jego uczniami i najbliższymi przyjaciółmi. Czy mogło im się bardziej poszczęścić? Wtedy usłyszeli to od Niego po raz pierwszy…

To, co im w tamtej chwili obwieścił, było szokujące. „Zaczął tłumaczyć uczniom, że musi iść do Jerozolimy. Tam starsi ludu, arcykapłani i uczeni w Piśmie zadadzą Mu wiele cierpień i zabiją Go, jednak trzeciego dnia zmartwychwstanie.” Ma iść do Jerozolimy, aby cierpieć i zostać zabitym? Aby przegrać? Brzmiało to w ich uszach jak straszliwy absurd. Szymon Piotr nie był chyba jedynym, który był przekonany, że trzeba zareagować.

„Niech Cię Bóg broni! Panie, na pewno się to Tobie nie przydarzy!”. „Panie, jestem Ci życzliwy” – czytamy, dosłownie tłumacząc tekst Ewangelii. Czy w naszych reakcjach nie jesteśmy często podobni do Piotra? Życzliwi dla Jezusa, a zarazem broniący siebie, myślący trzeźwo o własnej przyszłości. I o swoich na nią planach. Nie chcemy w niej widzieć cierpienia, zła, ani śmierci. Co zrobić, by odwieść Pana od Jego zamiarów?

„Zejdź Mi z oczu, szatanie!” – usłyszał Piotr-Opoka. Miał na nim Jezus budować swój Kościół, a teraz go przepędza? Jeśli sięgniemy do greckiego tekstu Ewangelii znajdziemy tam następujące stwierdzenie: „Hypage opiso mu, satana”, co znaczy dosłownie: „odejdź za Mnie (w sensie: stań za Mną, idź za Mną), szatanie (także w znaczeniu: przeciwniku), bo nie myślisz po Bożemu, ale po ludzku”.  Jezus więc nie przepędza Piotra. Po prostu wskazuje mu jego miejsce. To przecież nie Piotr (i nie ktokolwiek z nas) ma prowadzić Jezusa, ukazując Mu właściwą drogę. To Jezus idzie jako pierwszy. Dopiero stając za Nim, zaczynamy widzieć tak jak On, „po Bożemu”, i wiemy jaką drogą, i za kim mamy iść.

Logika życia, którą ukazuje Pan Jezus, pełna jest paradoksów. Zachować (a więc: ochronić, zabezpieczyć) swoje życie może ten, kto zdecydowany jest je tracić z Jezusem i dla Jezusa. Kto gotów jest „wziąć swój krzyż” (zaakceptować swój los, swoją historię, swoje cierpienie) i iść za Panem, naśladując Go. Ocali swoje życie (i to na wieczność) ten, kto gotów jest „wyrzec się samego siebie”, czyli – inaczej mówiąc – przekreślić siebie. Czyniąc codziennie znak krzyża, przekreślający nasze ciało, musimy o tym pamiętać.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Ta wyprawa zaskoczyła uczniów. Jezus poprowadził ich w okolice Cezarei Filipowej. Opuścili Galileę, udając się na północ, do bijących u stóp Hermonu źródeł Jordanu. Zdecydowanie woleliby się tam nie zapuszczać. Po cóż bowiem pobożni Żydzi mieli wybierać się w taką podróż? Do nieczystej ziemi, zbezczeszczonej plugawymi kultami. To przecież tam czczono od wieków pogańskiego bożka – Pana, diabolicznego pół kozła, pół człowieka, który swoim przeraźliwym krzykiem wzbudzał (nomen omen) panikę, siejąc przerażenie. Jego świątynię wzniesiono na wielkiej skale z gigantyczną jaskinią (jak wierzono – nie mającą dna). To w nią – jako w „bramę otchłani” – wrzucano dzieci na ofiarę, mającą przebłagać kapryśne bóstwo. Tam również Herod Wielki, pragnąc przypodobać się rzymskiemu imperatorowi, wzniósł poświęconą mu świątynię z białego marmuru. Później, jego syn, tetrarcha Filip, rozbudował dawne Paneas i nazwał je Cezareą, na cześć kolejnego rzymskiego władcy. Nietrudno wyobrazić sobie niechęć, z jaką galilejscy rybacy patrzyli na tętniące życiem, nieczyste miasto. W jakim celu Nauczyciel ich tu przyprowadził?

„Co mówią ludzie? Kim według nich jest Syn Człowieczy?” – zapytał ich niespodziewanie. Czyżby nie wiedział co o Nim mówią? Uważają Go za proroka. Takiego, który ma moc od Boga. Jak Eliasz, Jeremiasz, czy – zabity przez Heroda – Jan Chrzciciel. Uciemiężeni patrzą na Niego z nadzieją. A to, co mówi o nadchodzącym królestwie, rodzi przekonanie, że już niedługo pogański okupant zostanie rozgromiony, a On przywróci wreszcie wytęsknione i potężne królestwo Izraela. „A według Was, kim jestem?” – padło pytanie. Zamilkli.

„Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga żyjącego” – odpowiedział Szymon Piotr.

I stało się coś niezwykłego. Tam, w splugawionej obrzydliwościami ziemi, wobec nieprzemijającej – jak się wydawało – potęgi pogańskiego imperium, przed świątyniami martwych bogów, odbierających czołobitne hołdy, prosty rybak z Galilei złożył wyznanie wiary, która odmieni świat. Tam usłyszy, że to Bóg dał mu łaskę tego wyznania. I że będzie Skałą, na której jego Mistrz zbuduje Wspólnotę zwołanych Jego Słowem. I że tej Wspólnoty, Kościoła, nie pochłoną „bramy otchłani”. A on – by strzec jedności Wspólnoty – otrzyma klucze niebiańskiego Królestwa Jezusa. I władzę, która będzie służbę miłości, aż do oddania swego życia. Na wzór Chrystusa – Mistrza.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Wkrótce po cudownym rozmnożeniu chleba i nakarmieniu tysięcy ludzi, Jezus „przynaglił” (dosłownie: „przymusił”) uczniów, żeby wsiedli do łodzi i przeprawili się przed Nim na drugi brzeg. Dlaczego trzeba było ich przymuszać? Czy byli tak zafascynowani tym, co się wydarzyło, że chcieli tam jeszcze trochę pozostać? Nacieszyć się cudem Jezusa i radością sytych tłumów? Wziąć coś na zapas z koszów, wypełnionych tym, co pozostało po uczcie? Byli jednak posłuszni poleceniu Mistrza i wyruszyli. Ich podróż trwać jednak będzie
zaskakująco długo.

Cud rozmnożenia miał miejsce po południu. Po zakończonym posiłku, Jezus odprawił uczniów. Potem sam rozesłał tłum. Wreszcie, wszedł na wzgórze, aby modlić się w samotności. Długo się modlił. Zapadł wieczór. Kiedy spotka uczniów, idąc do nich po jeziorze, będzie „czwarta straż nocna” – jak relacjonuje Ewangelia. To czas między godziną trzecią, a szóstą przed świtem. Co działo się z uczniami przez tak wiele godzin?

Być może Ewangelia chce w ten sposób podkreślić ich zagubienie i bezradność. Bez swojego Mistrza, nawet doskonale znający jezioro rybacy dają się opanować ciemności i zwątpieniu. Przez wiele godzin nie są w stanie dotrzeć do przeciwległego brzegu. Wiatr jest przeciwny. Strach obezwładnia. Gdy wreszcie zobaczą Jezusa, kroczącego po falach, oni – dorośli mężczyźni – będą przerażeni krzyczeć ze strachu, myśląc, że widzą zjawę. Któż bowiem może chodzić po morzu? A przecież morze – otchłań wód – to symbol śmierci. Któż może mieć władzę nad śmiercią? „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”. „Ja jestem” – ośmielał ich, przekonując, że to naprawdę Jego widzą. A zarazem użył słów, które przywoływały Imię Boga, objawione Mojżeszowi na Synaju. Słów, dających pewność Bożej obecności: „Jestem”.

„Panie! Jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!”. Czy w głosie Piotra słychać było wątpienie? „Jeśli to Ty…” Słowa Jezusa ośmielały: „Przyjdź!”. I nagle stało się to, co nie miało prawa się wydarzyć. Szymon Piotr, rybak z Galilei, stąpał po otchłani wód. Wbrew logice. I wbrew prawom natury. Szedł, mocą zaufania słowu Mistrza. Szedł, dopóki poczucie realizmu i doświadczenie, i rozum, nie przekonały go, że to przecież nie może się dziać! Zwątpienie targnęło nim silniej, niż wiatr, który burzył jezioro. Otchłań, jakby
posłuszna jego wątpliwościom, rozstąpiła się nagle. I Szymon Piotr zaczął tonąć… „Panie! Ratuj mnie!” – wykrzyczał przerażony. „Ratuj! – Zbaw!” – w języku Ewangelii to jedno i to samo słowo. Tonący Piotr – wątpiący „człowiek małej wiary” – wołał z odmętów śmierci, prosząc Jezusa o zbawienie.

Życie chrześcijanina jest niczym chodzenie po wodzie. Nigdy nie uda się nam to o własnych siłach. Miłować wrogów, przyjąć krzyż, nadstawić drugi policzek, całkowicie zaufać Bogu… Któż jest na tyle silny? Żyć tak można tylko mocą wiary w Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Gdybyśmy przestali pokładać swą ufność w zmartwychwstałym Panu, w jednej chwili pochłonęłyby nas odmęty śmierci. W małości naszej wiary, On umacnia nas swoją łaska, byśmy nie zginęli. On jeden ma władzę nad otchłanią.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved