Duszpasterstwo Środowisk Twórczych
Archidiecezji Warszawskiej

Bieżące

Wesele

To jedna z ostatnich przypowieści, wygłoszonych przez Jezusa kilka dni przed Jego śmiercią. Królestwo niebieskie porównane jest w niej do dziesięciu kobiet, druhen, czekających na przybycie pana młodego w weselnym orszaku. Być może dla nas to dość egzotyczny obraz. Jednak w  tradycji żydowskiej z czasów Jezusa uroczyste przeprowadzenie panny młodej, będącej już formalnie żoną (choć nie mieszkającą jeszcze ze swym mężem), do domu pana młodego i towarzyszące temu weselne obrzędy, były czymś zupełnie oczywistym. Towarzyszki panny młodej z płonącymi lampami, czy oliwnymi pochodniami w rękach, uświetniały radosną uroczystość.

Oliwa

W wielu przypowieściach opowiadanych przez Jezusa pojawiają się szczegóły, zwracające uwagę, wybijające słuchacza z rutyny. Detale – jak się wydaje – nie pasujące do kontekstu opowiadania. Pozornie błahe drobiazgi okazują się mieć jednak istotne znaczenie w ostatecznych rozstrzygnięciach. Tak jest i w tej przypowieści. Postawa pięciu druhen, które z powodu swej lekkomyślności (w tekście ewangelii nazwanej wprost głupotą) nie mogą wypełnić powierzonej im misji, będzie miała dla nich dramatyczne konsekwencje. Bo też nie o brak przezorności i niedostatek oliwy ostatecznie tutaj chodzi.

Nie znam was

„Zaprawdę, mówię wam, nie znam was!” To najbardziej wstrząsające słowa w przypowieści. Nieroztropne druhny, powracające z nocnych poszukiwań oliwy do swoich lamp, uświadamiają sobie, że nie wejdą na weselną ucztę. Stało się coś, co wykluczyło je ze wspólnoty, w której powinny pełnić zaszczytną funkcję. Miały lampy. Miały też dobra wolę. Chciały nawet w pośpiechu naprawić popełniony błąd. Nie mogły już jednak zdobyć, ani pożyczyć tego, o co nie zadbały wcześniej. Myśląc o wielu sprawach, nie zatroszczyły się o to, co ostatecznie okazało się najistotniejsze. Czego więc – poza rozsądkiem –  naprawdę im zabrakło?

Światło miłości

„Tak niech zaświeci wasze światło wobec ludzi, aby widzieli wasze dobre czyny…” – powiedział kiedyś Jezus do swoich uczniów. Być może tu należy szukać odpowiedzi na pytanie o sens przypowieści o mądrych i głupich pannach. Wydaje się bowiem, że w ostatecznych rozstrzygnięciach to jedynie będzie mieć wartość dla przychodzącego Pana. „Oliwa” dobrych czynów, czynów szczerej miłości. To dzięki niej, w godzinie przybycia Oblubieńca, zajaśnieją czystym światłem ci, którzy Go oczekiwali. By wraz z Nim wejść na weselną ucztę.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

W Uroczystość Wszystkich Świętych, wśród czytań biblijnych we Mszy świętej,
znajdujemy fragment Pierwszego Listu św. Jana Apostoła. Nie mamy pewności,
mimo tytułu listu, czy słowa te rzeczywiście wyszły spod ręki umiłowanego
ucznia Pana, czy też po jego śmierci uczniowie spisali jego nauczanie. Nie ma
jednak wątpliwości, że u kresu swego życia sędziwy apostoł mówił już tylko
rzeczy najważniejsze. I te zapisano w liście.

Wśród wielu tradycji, jakie opisują ostatni etap życia przewodzącego efeskiemu
Kościołowi Jana, znajdziemy i ten wzruszający obraz. Sędziwy Apostoł, otoczony
uczniami swojej wspólnoty. Wszyscy mają świadomość, że jest jedynym
żyjącym człowiekiem, który na własne oczy widział Pana. Był Jego umiłowanym
uczniem. Słyszał brzmienie Jego głosu. Był świadkiem tylu Jego cudów. W czasie
Ostatniej Wieczerzy, leżąc przy stole obok Mistrza, trzymał głowę na Jego
piersi. Pamiętał słowa Jezusa, których inni nie słyszeli. Potem, jako jedyny z
apostołów stanął, wraz z Maryją i kobietami pod Jego krzyżem. Widział z bliska
śmierć Pana. A potem spotkał Go po Jego zmartwychwstaniu. Ileż mógłby
opowiedzieć! Miał jeszcze w pamięci wygląd Jezusa, blask Jego oczu. Mógł
powiedzieć, jakie miał włosy, jak się śmiał, opisać charakterystyczne szczegóły
Jego zachowania. Czyż nie o to i my pytalibyśmy dzisiaj Jana? Jedyny żyjący
świadek Pana, widząc wpatrzonych w siebie uczniów, mówi im już jednak tylko
jedno: „Dzieci moje, miłujcie się wzajemnie”. Pytają go, dlaczego powtarza
wciąż te słowa. Odpowiada: „Gdy to zachowacie, zachowacie wszystko. Po tym
poznają, że jesteście uczniami Pana”.

Tyle tradycja. A ostatnie pisma Jana mówią właśnie o konieczności miłości
braterskiej. „Jeśli ktoś mówi: ‘Miłuję Boga’, a jednocześnie nienawidzi swego
brata, jest kłamcą. Kto nie miłuje swego brata, którego widzi, nie może miłować
Boga, którego nie widzi.” – pisze apostoł. Widać w nim jednak, przede
wszystkim, zachwyt nad miłością Boga. „Spójrzcie, jaką miłość dał nam Ojciec,
abyśmy zostaliśmy nazwani dziećmi Boga – i nimi jesteśmy!” – radośnie
oznajmia swoim uczniom. „Umiłowani, teraz jesteśmy dziećmi Boga, a jeszcze
się nie okazało, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to okaże, będziemy do Niego
podobni, gdyż ujrzymy Go takim, jakim jest.” Przed pokładającymi w Nim
nadzieję, otwiera się perspektywa nowego życia, które przynosi
Zmartwychwstały. Ta nadzieja czyni nas świętymi.

 

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Nieustannie wystawiali Jezusa na próbę. Chcieli znaleźć argumenty przeciw Niemu. Może powie coś kontrowersyjnego? Może uda się Go sprowokować do błędnej interpretacji świętego Prawa? Wyżsi duchowni, przełożeni ludu, saduceusze, faryzeusze – w niespotykanym dotąd sojuszu.

„Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe” – zapytał jeden z nich. W Torze (nazywanej przez chrześcijan Pięcioksięgiem) zapisano ich 613. 248 zakazów i 365 nakazów. Jak ocenić, które z przykazań jest najważniejsze (a więc także uznać, które są mniej ważne), skoro wszystkie zapisano w świętym zwoju Prawa? Tu właśnie kryła się pułapka podstępnego pytania.

Odpowiedź Jezusa musiała być zaskoczeniem. Wypowiedział On bowiem, po prostu, fragment modlitwy zwanej „Sz’ma Israel” – Słuchaj Izraelu! Tym wyznaniem wiary pobożny Żyd modli się każdego ranka i każdego wieczoru. „Słuchaj, Izraelu! PAN jest naszym Bogiem, PAN jedyny! Będziesz miłował PANA, twego Boga, z całego swego serca i z całej swojej duszy i z całej swojej siły.” Słowa najważniejszej żydowskiej modlitwy ukazane są przez Jezusa jako najważniejsze przykazanie. Modlitewna formuła, zapisywana na małych pergaminowych zwojach, przymocowana w specjalnych pudełeczkach – „filakteriach” do czoła i ręki modlącego się, umieszczana w „mezuzie” na framudze drzwi, by człowiek wchodząc i wychodząc myślał o Bożym Słowie, ma stać się regułą życia każdego wierzącego.

Do formuły „Sz’ma” Jezus dołącza jednak w swojej odpowiedzi drugie przykazanie. Znajduje się ono w zupełnie innym miejscu Tory i nigdy nie było zestawiane z tym pierwszym. Odnajdziemy je wśród norm, regulujących relacje międzyludzkie: zakazujących szerzenia plotek, krzywdzenia innych, kierowania się nienawiścią. Brzmi: „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego”.

„Na tych dwóch przykazaniach zawieszone jest całe Prawo i Prorocy” – powiedział. Czyli wszystko, co jest Bożą nauką, mającą kształtować życie człowieka. Te dwa, połączone przez Jezusa w jedno nakazy Tory, my, chrześcijanie, nazywamy „przykazaniem miłości” i powtarzamy od dziecka jako katechizmową formułę. Przypominamy w niej, że nie ma miłości Boga, wyrażanej w modlitwie, świętych obrzędach, trosce o religijną tradycję, bez miłości bliźniego. Bliźniego – człowieka, który jest obok nas. Inny niż my, nieraz obcy, wyznający drażniące nas poglądy, nie schlebiający naszym gustom. Wolelibyśmy uniknąć tej trudnej obecności. Ale ona jest nam niezbędna. Weryfikuje prawdziwość naszej miłości do Boga.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Na to pytanie nie było dobrej odpowiedzi. Wiedzieli to doskonale faryzeusze, wysyłający do Jezusa swoich uczniów z przewrotną misją. W przedziwnej koalicji z usłużnymi wobec Rzymian zwolennikami Heroda, zastawiają na Jezusa pułapkę, chcąc Go skompromitować. „Czy należy płacić podatek cesarzowi, czy też nie?” – pytają. Jeśli odpowie twierdząco, zgorszy pobożnych Żydów. Rzymianie byli znienawidzonymi okupantami, nie wahającymi się deptać największych świętości. Boski kult rzymskiego imperatora był dla Żydów straszliwym zgorszeniem. Wspieranie pogańskiego imperium podatkiem pogłównym, wymuszanym przez skorumpowanych poborców, mogło być wręcz uznawane za zdradę – również jako bałwochwalstwo. Gdyby jednak Jezus, wyczuwając społeczne nastroje, zachęcił w swej odpowiedzi do obywatelskiego nieposłuszeństwa, do rzymskich władz dotrą niezwłocznie wieści (herodianie niewątpliwie będą tu pomocni) o charyzmatycznym Rabbim z Nazaretu, który nawołuje do buntu przeciw Rzymianom.

W całej swej przewrotności, mieli jednak rację mówiąc: „Nauczycielu, wiemy, że mówisz prawdę… Nie dbasz o niczyje względy i nie zważasz na ludzką opinię…”. Jezus jest prawdziwie wolny. Nie jest koniunkturalistą. Głosi prawdę, niezależnie od konsekwencji. „Obłudnicy! Dlaczego Mnie wystawiacie na próbę?” – tymi słowami z pewnością nie zaskarbił sobie sympatii rozmówców. Pokazując podatkową monetę z cesarskim wizerunkiem mówi: „Oddajcie co cesarskie, cesarzowi, a Bogu to, co należy do Boga”. Ta odpowiedź wymyka się wszelkim schematom. Ukazuje problem, którego w swym zaślepieniu nie dostrzegali przedstawiciele religijnych elit. To nie kwestia podatku płaconego rzymskiemu, czy innemu władcy jest tak naprawdę istotna. Nie pieniądz i pytanie o godziwość płaconego wrogom podatku jest tu na pierwszym planie. Można wręcz odnieść wrażenie, że Jezus zupełnie nie odnosi się do tego, o jakiej władzy i przez kogo aktualnie sprawowanej jest mowa.  Dla Niego priorytetem jest człowiek i Jego relacja ze Stwórcą.

W zażartych dyskusjach o „sprawach tego świata” łatwo można zapomnieć o tym, co w nim i co w nas należy do Boga. Można ograbić Boga z Jego chwały, złożonej w człowieku. Czy nie dzieje się tak, gdy pogoń za zyskiem przekreśla wrażliwość na los odrzuconych i marginalizowanych w naszym świecie? Czy nie jest tak, gdy człowiek, próbując znaleźć w pieniądzu zabezpieczenie swojego życia, zapomina, że sam należy do Boga? Że – stworzony na podobieństwo Stwórcy – nosi w sobie Jego obraz i winien jest siebie Bogu? Kultem najmilszym Bogu jest przecież człowiek, powierzający Mu z miłością swoje życie.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

 

Przypowieść Jezusa, którą w jerozolimskiej świątyni usłyszeli wyżsi kapłani i żydowscy starsi ludu, można streścić w kilku zdaniach. Oto król wyprawia wesele swemu synowi. Zaproszeni są znamienici goście. Gdy jednak nadchodzi czas uczty, zaczynają się jednomyślnie wymawiać, szukając różnych usprawiedliwień. Rozczarowany postawą niedoszłych gości król, zaprasza na wesele przygodnie spotkanych wędrowców. To oni będą cieszyć się udziałem w godach królewskiego syna. Tak wyglądałaby przedstawiona w przypowieści historia, gdyby nie kilka zaskakujących szczegółów…

Szokująca jest reakcja gości, odrzucających zaproszenie króla. Troska o uprawne pole, czy prowadzony sklep, będąca codziennym prozaicznym zajęciem, staje się dla nich istotniejsza, niż szczególne królewskie wyróżnienie. Sposób potraktowania służących króla przeraża („pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali”). To już nie jest brak taktu. To zbrodnia z premedytacją. Kara za nią musi być surowa.

Salę weselną wypełnili wreszcie zaskoczeni biesiadnicy („źli i dobrzy”), sprowadzeni przez służących z rozstajnych dróg. Przyjęli niespodziewane zaproszenie na królewską ucztę. Uczestniczą w niej ubrani w odświętne szaty – to warunek udziału w weselu. Skąd je wzięli, zaskoczeni przecież zaproszeniem? Czy brak weselnej szaty musi skutkować usunięciem z królewskiego domu?

Słuchacze z religijnych elit zrozumieli przesłanie Jezusowej przypowieści. „Odeszli i naradzali się, jak przyłapać Go (dosłownie: zastawić pułapkę) na słowie” – relacjonuje Ewangelia. Nie wykorzystali ofiarowanej im szansy. Jednak słowa Jezusa to nie tylko krytyka religijnego establishmentu z tamtych czasów. To także Jego ponadczasowa przestroga dla Kościoła. Dziś, ta przypowieść mówi o nas, chrześcijanach. O bezinteresownej miłości Boga, zapraszającego nas do udziału w Jego radości. O łasce naszego powołania, wzgardzenie którą, uniemożliwia wejście na Bożą ucztę. O naszych pragmatycznych kalkulacjach, w których chęć zysku zwycięża fascynację Jego zaproszeniem i tym, co On pragnie nam ofiarować. Wreszcie – o „szacie weselnej” – szczerej miłości, która musi przenikać nasze życie, jeśli pragniemy być „domownikami Boga”. Weselna uczta Króla gromadzi bowiem różnych przybyszów. Obok nas znajdą się zapewne i tacy, z którymi wolelibyśmy nie dzielić Bożego stołu. Ich też zaprosił Pan. Wraz z nimi powołuje nas do wspólnoty wybranych.

ks. Grzegorz Michalczyk (za aleteia.pl)

Copyright © 2012 DŚT Warszawa. All Rights Reserved